Szklista bryła w jej dłoni milczała jak grób i przy każdej z wysłanych przez nią wiadomości prezentowała bezlitosne symbole: doręczone, nieodczytane. Zerkała na ekran telefonu częściej niż chciałaby przyznać, oszukując się, że to nie nerwówka. Że okazjonalnie upewnia się, jak jest tutaj z dostępnością ważnych dla niej serwisów w splocie. Albo czy doinstalowana obowiązkowo apka linii lotniczych i usług paszportowych nie nadwyręża zbytnio baterii urządzenia. Nie było źle, akumulator trzymał poziom. To tylko jej cierpliwość była na wyczerpaniu.
Czekała i cierpiała. Z początku zaskoczona, że nie dało się z nim skontaktować, ale wciąż wyrozumiała. Coś musiało go zatrzymać, coś naprawdę ważnego. Inaczej na pewno już by tu dla niej był. Z czasem jednak oaza wyrozumiałości wyschła, ustępując miejsca bulgoczącej fali rosnącej irytacji. To, że ojciec nie dawał znaku życia obecnie, akurat jeszcze była w stanie zrozumieć, bo już dawno zgarnął nominację na największego odludka w jej życiu. Ale żeby David tak sobie z nią leciał w kulki? To zabolało.
Sama w obcym mieście, w nieznanym kraju. Do tego stłoczony na lotnisku Charles de Gaulle tłum uwziął się, żeby ją zmiażdżyć. Spodziewałbyś się, że przygotowanie portu lotniczego na przyjęcie takiego napływu powinno być priorytetem, ale tu czekał na ciebie istny młyn, chaos i porażka, totalne nieporozumienie. Scena, która Sarze kojarzyć mogła się jedynie z jakimś kryzysem humanitarnym, tutaj to był po prostu czwartek. Zupełnie jakby wszelkie sensowne procedury przestały obowiązywać w momencie, gdy opuścili pokład samolotu, pomimo iż Francja, jak prawie cała Europa, podlegała pod autorytet Integralu, gdzie takie rzeczy nie miały prawa mieć miejsca. A tu celowo chyba umieszczono nawet pody, gdyby okazało się, że musisz spędzić noc, zanim cię przeprocesują. Quel cauchemar!
Sara przelewała się między tymi masami, wśród jazgotu wszelkich języków świata, posuwając się do przodu centymetr po centymetrze taśmą ruchomego chodnika, przekonana, że szybciej byłoby iść po prostu piechotą, gdyby gdzieś było na to miejsce. Ale nie było. Skazana byłaś na te taśmociągi, a jeśli się pomyliłaś i stanęłaś na niewłaściwym, licz się z tym, że masz do przebycia przynajmniej kilkanaście metrów w złym kierunku, zanim nastąpi odcinek bez barierek, gdzie tor dało się zmienić, więc ciesz się widokami. Podziwiaj spocone gęby i pachy. Jak nie naparzający japą dresiarze, wzięci żywcem spod megabloku, to zaś agresywnie milczące kobiety w czarnych czadorach, paraliżujące cię sądnymi spojrzeniami oczu, których prawie nie widać. Pomiędzy biegunami tego spektrum niezaopiekowane bachory wyjące po swojemu, trajkoczące o bzdetach małolaty, klnące pod nosem chłopy i gderające do nich zniesmaczone kolejką matrony. Prawdziwy livestream spod wieży Babel.
A ponad tym wszystkim wylewa się z sufitu na ciebie holo: wieloryb sunie i zaprasza na Islandię, lotnictwo IPAX łowi rekrutów opartą o myśliwiec półnagą celebrytką, przyjdź, zobacz Notre Damme, już niedługo ponowne otwarcie albo zawitaj w Hololandzie, królestwie wyobraźni, wskocz całą rodziną w pędzący rollercoaster, tylko pamiętaj – porządku pilnuje wyposażona w salutujące aug-bulldogi cyberżandarmeria.
Westchnęła ciężko, pisząc do Davida kolejną wiadomość:
GDZIE TY, DO DIABŁA, JESTEŚ?
Cudem przebrnęła przez to bagno. Oprócz bezpowrotnie zmarnowanych godzin życia, straty niewielkie: urwany pasek, pęknięta sprzączka, popruta bluzka, rozdeptane trampki. Coś takiego mogłoby być pretekstem do awantury, ale Sara była zbyt zniszczona na użeranie się z ludźmi i wdzięczna jedynie, że wyszła z tego wszystkiego bez złamań.
Nie czuła się pewnie ze swoim francuskim. Ledwo przekonała automaton na bramkach (który jej prośbą o zmianę języka na angielski wydawał się absolutnie zdegustowany), żeby skierował ją łaskawie do sortowni walizek, gdyż sama nie była w stanie wypatrzeć odpowiedniej ikony informacyjnej w gęstym gąszczu infografik. David polecał jej nie polegać tutaj na biometryce, więc w samej sortowni stanęła w kolejce do skanera biletów – swoją drogą ordynarnie zwandalizowanego markerem – żeby na podstawie swojego ajdika pasażerki zlecić jakiemuś kubikowi dostarczenie jej bagażu. Przynajmniej można sobie tu było na chwilę usiąść, zanim walizka miała dotrzeć. Na podłodze, ale jednak.
O dziwo, po dziesięciu minutach przyszła wreszcie jakaś odpowiedź na wysłaną do Davida wiadomość:
PREZPRASZAM, NIE MOGĘ.
SPOKOJNIE, WEŹ TAXI.
ADRES ZNASZ.
– No, super! – miał być szept, wyszedł krzyk. Aż się ludzie obejrzeli.
Jeszcze nigdy chyba tak jej nie wnerwił i gdyby nie była skrajnie odwodniona po odstaniu kilku godzin w zaduchu, pewnie napłynęłyby jej do oczu łzy. Jak to jest możliwe, że facet, z którym potrafiła dogadać się nawet w kwestii tego, że nigdy nie będą mieć dzieci, i który zawsze wysłuchał, pocieszył, poradził – teraz, gdy potrzebowała go tak bardzo, milczy.
Pierwsza myśl: jebać to.
Zawróć, złap pierwszy, lepszy lot, adieu, Paris…
Ale jak pomyślała, przez co musiałaby przechodzić przy odprawie, przeszedł ją dreszcz.
Skapitulowała i zamiast tego odpisała na wiadomość:
A DO ŚRODKA JAK WEJDĘ??
I znowu milczenie…
Cholera, no przecież dopiero co do niej pisał!
Czekała dobre kolejnych kilka minut na odpowiedź, a w raz z nią otrzymała wizytówkę z kontaktem: Cecile Mouton.
CECE CIĘ WPUŚCI.
WYSŁAŁEM CI NA NIĄ NAMIAR.
℘
– Ale mademoiselle absolutnie źle to interpretuje – upierał się taksówkarz. – Status za niski, oui? Do centrum z lotniska, dobrze, zawiozę, nie ma problemu. Ale ze współpasażerem, jasne? Samą nie mogę. Poczeka?
– No, moment! Niby dokąd, do centrum? Ja potrzebuję pod konkretny adres – wykłócała się, choć nie miała już siły walczyć. Kolejny raz ktoś wspominał jej o tym, że przeliczniki statusu są tutaj inne, ale to był jakiś absurd. Nie mogła uwierzyć, że taksiarz nie weźmie jej we wskazane miejsce, tylko na jakiś punkt pośredni.
– To się już państwo dogadają – oświadczył i zaczął machać na gościa w garniturze z przypinką przedstawiającą herb miasta na piersi i napisem: Fluctuat nec mergitur. – Monsieur! Rive Gauche, peut-être? Très bien. Niech pani wsiada. Zabierze się z tym tu urzędnikiem.
Przez całą drogę było jej wstyd.
Na szczęście facet, z którym musiała dzielić taksówkę, miał to kompletnie gdzieś. Siedział obok niej zaślepiony obręczą z wizjerem, takim na pół twarzy. Wtopił się w siedzenie, ignorując spamującego smalltalkiem taksiarza, który w połowie drugiej anegdotki poddał się, zamilkł i skupił wreszcie na samej jeździe. Widocznie uznał, że do Sary nie warto było się odzywać. Nie żeby miała mu to jakoś bardzo za złe, ale mimo wszystko zajechało trochę chamstwem.
Patrzyła przez okno na billboardy, znaki drogowe i architekturę, wypatrując megabloków i kopuł, ale nabierała przekonania, że Paryż był inny niż zakładała i nie dało się tu dostrzec segmentacji, charakterystycznej dla typowej integropolii.
Na zagłówku przed nią taksówka emitowała mapę z obraną trasą. Kierowca miał ją odstawić przy dobrze skomunikowanym węźle, poniekąd, a stamtąd musiała ogarnąć sobie przesiadkę i dotrzeć pod wskazany przez Davida adres busem. Kark jej zdrętwiał, a głowa zaczynała ciążyć, ale bała się rozluźnić, bo czuła, że jej powieki robią się z każdym przymknięciem coraz cięższe. Miałaby tu usnąć? Przy tak wielce pomocnym taksiarzu i jakimś biurokratą z podejrzanym sprzętem prawie przyspawanym do twarzy? Niedoczekanie…
℘
– Halo, halo, wysiadka, mademoiselle! – rzucił taksiarz, zirytowany, że dopiero gwizdem dał radę ją dobudzić.
Poderwała głowę. Szyja, zastygła w nienaturalnej pozycji, zaprotestowała impulsem bólu.
Cholera, jednak ją zmorzyło i padła jak betka na tylnym siedzeniu.
Zerknęła w bok. Urzędasa już nie było. Poszukała wzrokiem emitowanej na zagłówku przed nią mapy, ale nie wyświetlał już trasy, jedynie godzinę.
– Gdzie… gdzie ten przystanek? – spytała, patrząc przez okno. – Dokąd mnie pan wywiózł?
– Wywiózł? – kierowca obruszył się. – Pod adres wywiozłem. To tamta kamienica, co palcem pokazuję, okej? Tu chciała dotrzeć.
– Zawiózł mnie pan jednak na miejsce?
– Oui, to był mój ostatni kurs na dziś. – Wzruszył ramionami. – Do domu mi po drodze, to zawiozłem. To jak, wysiada już? Ma coś w bagażniku, n’est-ce pas?
– Tak… dziękuję – odparła, starając się wykrzesać z siebie odrobinę wdzięczności. – Plecak i walizkę.
Pomógł jej z wypakowaniem bagaży, ukłonił się i odjechał.
Sara omiotła wzrokiem niezbyt zachęcającą fasadę kamienicy.
Spękany, odpryskujący szary tynk, odsłaniający odrapane cegły, oklejone tu i ówdzie wlepkami albo osmarowane grafitti, a w jednym miejscu nawet osmolone jakimś palnikiem. Na parterze okna: jedno okratowane, drugie zabite deskami. Podeszła bliżej i pchnęła kontrastujące z obskurnymi ścianami wysokie skrzydło drzwi, odmalowane, chyba dość niedawno, amarantową farbą. O dziwo, otworzyły się bez jęku, lekko, wypuszczając na nią przeciąg niosący odrobinę stęchły zapach.
– Trzecie piętro, drzwi po lewej… – szepnęła, dodając sobie odwagi. – Może jakaś winda?
Ta, jasne. Merde.
Walizka stukała o każdy schodek i czuła, że albo odpadnie jej ręka, albo plecak pociągnie ją w dół.
Mimo to dźwigała się ku górze z pomocą chybotliwej poręczy, aż stanęła w końcu, zdyszana, pod odpowiednimi drzwiami. Nie dostrzegła żadnego dzwonka ani wizjera. Mogła zapukać, ale pomyślała, że może lepiej będzie przedzwonić do kobiety niż kołatać o tej porze do drzwi. Miała zamiar zapowiedzieć się wcześniej, ale odpłynęła w taksie i całkowicie o tym zapomniała. Trochę liczyła, że David dał znać gospodyni, że powinna się jej spodziewać, ale po tym, co dzisiaj odstawił, nie ufała już w jego zdolności organizacyjne. A po tym, co zobaczyła na miejscu, bała się, że w ogóle wysłał ją pod zły adres.
W każdym razie zadzwonić zawsze warto, a jeśli okazałoby się, że Cece nie ma w mieszkaniu, to może poda jej kod do drzwi, który da się tu gdzieś wstukać albo wspomni o jakimś kluczu pod wycieraczką.
– Dobry wieczór, z tej strony Sara Saney – przećwiczyła sobie półszeptem, kolejny dziś raz wsłuchując się w sygnały nieodbieranego numeru. – Jestem właśnie pod drzwiami i cholernie mam już dość…
Nagle zamek w drzwiach przekręcił się i stuknął przesuwany rygiel. Aż podskoczyła.
– O, dobry wieczór! Nie bój się, dziecko – odezwała się do niej przyjaźnie uśmiechnięta, starsza pani. – Synek dzwonił, że zaraz będziesz. Wchodź, proszę. Nie krępuj się.
– Uff, dziękuję! – Ucieszyła się i z ogromną ulgą schowała do środka, odcinając się od uciążliwości podróży solidnymi drzwiami.
Przetoczyła się z walizką przez wąski przedpokój, starając się o nic nie zahaczyć i przypadkiem nie uszkodzić. Na szczęście mieszkanie nijak nie przypominało ponurej kamienicy, przeciwnie, powitały ją przytulne ściany zdobione białą boazerią, piękne meble, malutkie doniczki z kwiatami na półeczkach.
– Jak tu cudownie! – powiedziała z zachwytem.
– A, gdzie tam. Przesadzasz, Sareńko, podejdź, prosze, tu ci będzie wygodnie.
Cece przecierała szlak, usuwając ledwo dostrzegalne, drobne zawalidrogi, kapcie, lakierki, koszyczki, torebki, parasolki, prowadząc Sarę do lądowania na przytulnej, pikowanej ławeczce. Coś w tej staruszce było takiego, że od razu poczuła się bezpiecznie. Mówiła po angielsku dużo lepiej niż obsługa lotniska, to na pewno. Choć była to raczej niepozorna, niewysoka i okrągła babeczka, a na jej twarzy widać było odciśnięte lata, poruszała się zgrabnie i zdecydowanie, jak tancerka. Chociaż, chyba się przejęzyczyła, nazywając Davida synkiem. Albo może Sara źle usłyszała.
– Usiądź sobie, kochanie. Nie musisz butów zdejmować. Odetchnij, rozbierz się. Kawa? Herbata? Coś zimnego? Mam dzbanek lemoniady w lodówce. Będzie ci smakować.
– Baaaardzo chętnie. Lemoniada brzmi świetnie – odparła Sara.
Zrzuciła plecak i rozluźniła grzbiet, czując w okolicy łopatek lekkość oswobodzonego z poczwarki motyla. Niby to tylko kilka pięter, ale wysokie schody dawały w kość. Przywykła do wygód apartamentu Davida i nie uśmiechało jej się wcale, że będzie musiała przywyknąć do tej wspinaczki.
– Zaduch tu straszny, prawda? – Cece powachlowała się dłonią. – Całe miasto kipi. Upał nas wszystkich zamorduje. Mam nadzieję, że przeżyłaś jakoś tę mordęgę? Nie ma chyba nic gorszego niż lotniska.
– Oj, nie było łatwo, przyznaję.
– Ale nie bądź taka skromna, dałaś sobie radę, moja droga, i to sama. Synek coś się w ogóle nie popisał. Taką dziewczynę zostawić na pastwę losu? Wstyd! Nagadamy mu, jak przyjedzie.
– Davidowi coś wypadło, tak? – spytała.
Na dźwięk imienia twarz kobiety na chwilę stężała. Tak jakby próbowała sobie z trudem coś przypomnieć, ale nie będąc w stanie dosięgnąć odpowiedniej informacji w pamięci, zastygła. Po chwili jednak, zrezygnowana, kiwnęła głową z maskowanym, ledwo dostrzegalnym smutkiem. Zmiana trwała krótko. Otrząsnęła się z tych myśli i machnęła ręką.
– Oprowadzę cię, moja droga. Chcesz klapeczki?
– O, super! Dziękuję.
Przedpokój był dość wąski, ale za to połączona z jadalnią kuchnia całkiem przestronna. Eleganckie kafelki z folklorystycznym motywem ładnie współgrały z dębowymi blatami, a dwukomorowy, kamienny zlew z zabytkową baterią i archaicznymi kurkami – istna rewelacja! Gdzie nie spojrzeć, czekał na nią jakiś zaskakujący, przyjemny dla oka detal. A to grawerowany zestaw drewnianych przyborów kuchennych, a to haftowane serwety i ściereczki. Stary ręczny młynek do kawy, być może wciąż w użyciu. Miska skórek pomarańczy suszących się pod oknem. Trochę tu jak u babci na wsi, pomyślała i poczuła jak rośnie jej uśmiech na twarzy.
Usiadła przy stole i wzięła do ręki porcelanową filiżankę zdobioną floresami w ciemnym błękicie.
– Przecudne! – powiedziała, oglądając ją z różnych stron. – Ale tu sielsko, pani Mouton.
– O, miłości moja, jaka tam ze mnie pani! Cece, dobrze? Nie wyobrażam sobie, żebyśmy miały sobie mówić inaczej niż na ty. Co ty na to?
– Oczywiście. Bardzo mi miło.
Krzesła były trochę twardawe, ale po takim dniu tyłek protestowałby nawet przeciw ławeczce z ptasiego mleczka. Dzbanek lemoniady nie był jedynym poczęstunkiem, Cece wyciągnęła też naleweczkę. Rozlała odrobinkę do niewielkich kieliszeczków i tak sobie zasiadły, toastując za Sary nową przygodę na studiach, sącząc porcjami odpoczynek.
Przytaczane w tak przyjemnej atmosferze wszystkie niedogodności podróży wydawały jej się teraz potwornie śmieszne. Cece była bardzo pogodną kobietą i od razu wzbudzała zaufanie. Obiecała Sarze, że pomoże jej odnaleźć się w Paryżu.
– Zapewne speszyłaś się trochę na jej widok, ale za dnia moja kamienica nie jest aż taka okropna, przysięgam.
– No, trochę. Zdziwiło mnie, że okna na parterze są takie niezachęcające.
Cece machnęła ręką.
– Już dwa razy odnawiałam tę fasadę, ale zawsze znajdą się hultaje, którym to najwyraźniej przeszkadza. Obecnie nikt tam nie mieszka. Niestety parter trudno jest wynająć. Zbieram się co jakiś czas do remontu, ale chwilowo zdrowie nie pozwala. Nieważne, co możesz od ludzi usłyszeć, przysięgam jednak, że tam nie straszy.
– Może przydałaby się nasza pomoc?
– O, matulu, jeszcze walizki nierozpakowane, a ty już mi chcesz pomagać, złotko! Jesteś przeuprzejma, ale nie mogłabym się na to zgodzić. Ręce artystki stworzone są do czegoś lepszego! Zobaczymy, może synek to ogarnie, ale w przeciwieństwie do ciebie, on coś nie kwapi się z propozycją pomocy. Ehh, czasami to sama nie wiem, w kogo on się wdał.
Obie się uśmiechnęły. Czyli to nie było przejęzyczenie. Ona tak po prostu na niego mówiła.
– Ale muszę przyznać, że urzekłaś mnie, moja droga. Takiej piękności się nie spodziewałam, chociaż widziałam zdjęcie. Nie czerwień się, no! Po prostu mówię, jak jest.
– Proszę, bez przesady…
– Nie chcę cię za długo trzymać, dziecko. Lepiej połóż się spać. Jutro musisz się pojawić na uczelni, tak?
Sara westchnęła.
– Do końca tygodnia. Mam jeszcze czas, żeby złapać oddech. Ale racja. Dobrze mi się tu siedzi, jednak bardzo chętnie się już położę. To był męczący dzień.
– Jakby co, masz mój numer, a poza tym jestem prawie zawsze tutaj, dosłownie mieszkanie obok. Chętnie odwiedzę moją nową, ulubioną sąsiadkę. Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, że mam zapasowe klucze?
– Ach, tak? Nie, nie, jasne…
Ugryzło to Sarę trochę, choć miała nadzieję, że nie dała tego po sobie poznać. Nie chciałaby jej urazić.
Ostatecznie, o wiele lepiej mieć tu na miejscu kogoś, kto przyjmuje cię z pełnymi honorami, niż tylko nieodbierającego komórki osła. Uśmiechnęła się i chwyciła za nalewkę.
– To co, rozchodniaczek? – nalała im obu i uniosła kieliszek. – Za co się napijemy? Za nasze radzenie sobie, czy zapominalstwo Davida?
Po raz kolejny, i tym razem Sara miała już pewność, że to na dźwięk imienia, twarz Cece przybrała wyraz maski wykutej z kamienia. Wystraszyła się, że to może jakaś przypadłość neurologiczna i będzie musiała wezwać pogotowie, co mogło nie być takie łatwe dla podpitej, świeżo upieczonej, tymczasowej paryżanki, jaką absolutnie się jeszcze nie czuła.
– No, oczywiście za mężczyzn tych wspaniałych! – odparła Cece, jakby nigdy nic.
Czary, mary, prysk i rzucony na nią urok prysł. Może to jakiś mikrowylew? Ale jeśli, to chyba nieszkodliwy. Cece uśmiechała się.
– Tych, których szukać ze świecą nie trzeba! – dodała i puściła oczko.
Toast spodobał się Sarze bardzo, aż wstała, wychyliła banieczkę, syknęła, oblizała się i przybiła kieliszkiem w stół. Widząc na twarzy Cece lekkie zakłopotanie, roześmiała się i wzruszyła ramionami.
– Désolé, mon ami! – rzekła, pokazując na siebie kciukiem. – Narąbana, to do domu.

What say you, dear reader?