Historia oparta na faktach z el. SCI-FI #3: „Dodo”

Sunie es-siódemką czeski, lekki transporter opancerzony, zwany potocznie Octavią II Kombi.
Z planowanych ulepszeń, takich jak: reflektory ślepiące siedzących mi na zderzaku, fotele katapultujące pasażerów próbujących uczyć mnie, jak mam jeździć, pług do spychania ślamazarności z lewego pasa oraz klakson z melodyjką La Cucaracha, udało się w nim, póki co, dorobić jedynie instalację LPG i założyć wielosezonówki. Żre olej jak stara frytownica, ale sprawdza się, gdy średnio co tydzień, dwa, robię nim trasę Kraków-Warszawa, Warszawa-Kraków, zahaczając niekiedy w ramach autopokuty o Częstochowę. Zwykle wykorzystuję czas spędzony w podróży do wnikliwej autorefleksji nad niuansami nomadzkiego trybu życia albo gadam do siebie, tak jak teraz, z wiernym dyktafonem w dłoni.

Nie lubię być w drodze, ale gdy już jestem, nie lubię się zatrzymywać, a odkąd w naszym kraju upolitycznione zostały nawet stacje benzynowe (chyba, że zawsze były, a ja nie zauważałem), sprawia mi to jeszcze mniejszą radość. Ażeby pozostać postojowo niezależnym i jednocześnie móc sprostać przeróżnym okolicznościom na trasie, wożę ze sobą: czajnik, kawę, pęki cukrosticków, kartony vifonów, baniak, lodówkę turystyczną, turystyczny prysznic, solidny koc i rogal do spania, nawet składaną saperkę, zgadnij, po co. Jak już postój, to zdecydowanie lepiej na łonie natury.

Pod walcem moich opon, przez te lata, jedynie kilku żabom zdarzyło się dokonać żywota. Masz, oczywiście, i po czymś takim wyrzuty sumienia, zwłaszcza jeśli grałeś za młodu we Froggera, a twoja babcia wpoiła ci, że z poczynań w grach komputerowych również należy się spowiadać. Na mojej psychoskali wyrzuty te oscylują w okolicy tych po zjedzeniu własnoręcznie złowionej ryby.

W bestiariuszu wyskakujących mi przed maskę, cudem wyminiętych istot mam wszelaką dziczyznę: dziki, sarny, jelenie, nawet łosie, a także lisy, kuny, jeże, jak również, niestety, niskolatające koty. Byłem świadkiem tragicznego zderzenia passata z kocurem i choć miałem nadzieję jeszcze jakoś mu pomóc (kotu – bo passatowi nic nie pomoże), ostatecznie musiałem zaakceptować, że ten incydent był już jego dziewiątym tańcem ze śmiercią. Widok życia uchodzącego z tych mętniejących, zielonych ślepiąt dręczył mnie będzie chyba już do końca moich dni. Niestety nie ma w tym kraju sprawiedliwości dla naszych czworonożnych przyjaciół i długo jeszcze nie będzie.

Jestem dość czuły na krzywdę zwierząt, a fakt, iż sprawca w passacie odjechał bezrefleksyjnie z miejsca zdarzenia, uważam za bulwersujący. Kodeks drogowy nie określa, jak postąpić w takiej sytuacji.

To kodeks drogi skłonił mnie, żeby wybrać 112.

– Dobry wieczór, właśnie w wiosce za Olkuszem gość przywalił w kota i odjechał.

– W kota?

– Tak, w kota. Przechodził przez drogę i auto w niego uderzyło. Wystrzelił w powietrze i przeleciał ponad samochodem.

– Aha. I co, żyje?

– No… nie. Chwilę na mnie patrzył jeszcze, ale już nie…

– To był pana kot?

– Nie, nie. Tylko jechałem za tamtym kierowcą. Przystanąłem sprawdzić, czy kot ma jakąś obrożę. Mógł należeć do rodziny z któregoś domu tutaj przy drodze, co nie?

– Rozumiem. Wie pan co, mamy już na to zgłoszenie. Jakby co, zadzwonimy do pana.

– Naprawdę?

– Tak.

– Potrzebne może… moje nazwisko?

– Nie, nie trzeba. Mamy pana numer.

– Okej… Do widzenia.

Nic nie szkodzi.

źródło: joemonster.org

Kodeksu drogowego wszyscy musimy przestrzegać, lecz, jak już wspomniałem, istnieje również kodeks drogi [z japońskiego: ドド – Dodo – The way of the Way] i nie mam tu wcale na myśli Niepisanej księgi drogi (pozdro Carlin, Jay & Cichy Bob), tylko luźny zbiór reguł postępowania, gdy stykasz się z wypadkową życiowych, rozgrywających się w trasie dylematów oraz ludzkiej przyzwoitości.

Nigdy nie wiesz, co konkretnie pchnęło na drogę pozostałych uczestników ruchu i w większości przypadków nigdy się tego nie dowiesz. Na ogół poruszacie się w swoich mniej lub bardziej wygodnych, blaszanych banieczkach, tolerując się nawzajem i raczej nie naprzykrzając się sobie. Nie macie ze sobą kontaktu – co najwyżej wzrokowy i to krótki, bo taki dłuższy, to już może być symptomem zauroczenia, ostrożnie. Dodo ma zastosowanie, gdy dochodzi do przypadków będących rezultatem nieustannie oddziałującej na nas autoentropii, ale przeważnie wchodzi w grę dopiero, gdy przynajmniej jedna ze stron zmuszona jest się zatrzymać. Kodeks dodo wymaga, na przykład, żeby rozważyć zabranie autostopowicza. Zwłaszcza w rejonach kiepsko skomunikowanych, takich jak Bieszczady albo Polska. Pomimo iż pięknie wykaligrafowana markerem na tekturze urzekająca:

WARSZAffQA (^-^)

…już przykuła twoje oko i nawet masz w pojeździe miejsce, nie będzie to prosta decyzja.

Na pewno kojarzysz niejeden odcinek na ten temat Uwagi!, Sprawy dla Reportera, ewentualnie Trudnych Spraw lub Przestróg Mamusi. Czy aby na pewno warto taką/takiego zabrać? A jak już, to czy warto ich brać, na przykład, jedynie trzeźwych? Przezorność podpowiada, że no raczej, ale dodo tego nie precyzuje. Gdybym upierał się przy takim wymogu, nigdy nie zgarnąłbym pewnych studentów AWF-u, z których jeden pracował kiedyś jako pomocnik grabarza. Drugi być może też, choć obecnie na tylnym siedzeniu sam przypominał zwłoki. Przytomny student podzielił się ze mną historiami, które spisałem i kiszę, licząc, że wykiełkują kiedyś jeszcze jako wsad pod bluesa, dla którego nawet mam już tytuł: Undertaker’s Creed – bowiem tego typu inspirację, gdy tylko mogę, kradnę. Zmierzam do tego, że historii w takim tonie nie usłyszysz od trzeźwej, spracowanej, podczęstochowskiej prawieemerytki, której bus uciekł i został jej tylko marny stop jako opcja. Ona może, co najwyżej, poczęstować cię bułką z masłem i kiełbasą, a ja, mimo iż lubię takie kombo, łasy jestem jednak bardziej na ludzkie perypetie.

Dodo w tej kwestii mówi: zakręć kołem. Zobaczysz, co wypadnie, tylko nie daj się podejść, bo na każdą uśmiechniętą, wystawioną do kompletu z kciukiem, smukłą nóżkę, przypada zaczajony gdzieś na poboczu nieogolony krab z torbą Pumy, potrzebujący podjechać kawałek, choćby na orlena, bo go w drodze na roboty ziomy z ekipy wywaliły z busa, gdy za mocno się przy nich spierdział po pijaku.

Podobnym wyzwaniem jest holowanie. Możesz sobie myśleć, że podholowujesz tylko kawałeczek do Krakowa, jakieś 70 km, „bo stamtąd to już jakoś pójdzie”, zdesperowane małżeństwo w kryzysie i w załadowanej meblami furgonetce. Nie domyślasz się nawet na jakiej cienkiej lince jest to holowanie i że ratujesz właśnie ich związek przed rozpadem, ewentualnie przybijasz tej desce ostatni gwóźdź. To znaczy, stopniowo się w tym orientujesz, skoro jedno z nich uparło się, żeby zamiast siedzieć w holowanym pojeździe, jechać z tobą i uprzyjemniać trasę rozmową. Szczerze polecam takich sobie wymieniać: raz jedno, raz drugie. Poznajesz wtedy wersje obu stron, co pozwala spojrzeć na temat holistycznie. Niezależnie od konkluzji osiągniętych w tego typu małżeńskiej autoterapii, najważniejszą nauką z tego będzie: skąpcie, ludzie, na assistance!

Ręka do góry, kto nie lubi jeździć nocą.

Ja lubię z prostej przyczyny: mniejszy ruch – mniejsze wyzwanie.

Można jechać praktycznie na autopilocie, pogrążając się w magii chwili obecnej lub oddając sadystycznym autoruminacjom, co by było, gdyby inaczej życie się potoczyło. Dyktafon nocą pracuje u mnie na pełnych obrotach i rejestruje wszystko: listę zakupów, treść mejla do wysłania w pracy, toast do wygłoszenia jako świadek na weselu, tekst nowej piosenki, całe paragrafy powieści…

O CHOLERA, SARNA!

Ufff… było blisko, Bambi!

W trakcie nocnej zmiany dodo jest jeszcze ważniejsze niż kodeks drogowy.

Za dnia wielkich niespodzianek raczej się nie spodziewaj. Może cię rządowy enforcer pomierzy suszarką i zaprosi na pobocze do „rutynowej kontroli”. Albo będziesz świadkiem, jak patrol tajniaków, stwarzających zagrożenie głównie fiskalne, puszcza się w pogoń za drogowym piractwem. Może jakiś tir wespół z drugim, w improwizowanym duecie na dwa pasy, spowolni ciebie i kolumnę tobie podobnych frustratów w locie do bazy. Zamiast się irytować, popatrz, jak bujają im się naczepy. Usłysz ten tętent, dostrzeż ich majestatyczne kołysanie, gdy, jadąc obok siebie, zastygają na moment, jak kochankowie w tańcu do poloneza z Pana Tadeusza.

Nocą jest inaczej. Wyłażą znudzone powszedniością młodziki oblegać okołowsiowe stacje. Siadają za kierownicą wampy i wampiry, w łapskach wejpy, energetyki, browce, bógwiecojeszcze, ruszają w trasę z braku alternatywnej rozrywki. To o tej porze wylęgają się autostopowicze z piekła i ci, co na takich polują.

źródło: Twoje koszmary

Licz się z tym, że zdany jesteś na siebie, gdy życiowe RNG pokrzyżuje ci ścieżki, kierując na twoją drogę, poza oszołomioną zewem nocy zwierzyną, losowe mobki: od raidersów po supermutanty.

Wyobraź sobie, na przykład, że jedziesz spokojnie, pilnując własnych spraw, gdy napotykasz poruszający się lewym pasem obiekt. Podejrzany pojazd, którego kierowca łamie kardynalną regułę, że lewym pasem należy poruszać się szybciej niż prawym. Jest tzw. lewitą, jak by to określił mój tata, ale problem z tym konkretnym lewitą jest taki, że, gdy, z braku lepszego pomysłu, postanawiasz wyprzedzić go prawym pasem, on, ni z tego, ni z owego, przyspiesza.

Nie spinasz się, prawda? Skoro teraz jedzie już szybciej od ciebie, suniesz dalej prawym, rozsądnie, prawidłowo. Tylko że koleś przed tobą zaczyna nagle zwalniać.

Ciemno jest, bo noc, ale miejmy jasność: on zwalnia na l e w y m pasie. Po co? Żeby zrównać się z tobą.

Czy ma ochotę ci pomachać? Chce sobie na ciebie popatrzeć? Czy też jest świeżo po bindżu Szybkich i Wściekłych, a co za tym idzie, zamierza się z tobą za moment ścigać?

Przyglądasz mu się z bliska: czarna beemka, przyciemniane szyby. Co robimy?

A: Zwalniamy całkiem i udajemy, że nas nie ma...
B: Czekamy, aż nastąpi zrównanie, pukamy się w czoło środkowym palcem i dajemy gaz do dechy!
C: Desperacko rozglądamy się, choćby za orlenem.
D: A, hooy! Robimy FORMACJĘ!

Tej nocy wybieram D.

Jadę, trzymając się gdzieś w jego ślepej plamce, a że on dalej zwalnia, więc i ja zwalniam.

Na trasie, gdzie wolno jechać do 120-tu, czyli ogólnie trasa szybkiego ruchu, mam nagle na liczniku już poniżej 60. Blokujesz lewy pas? Dobra, to ja blokuję prawy. Czy jest na sali psycholog? Chętnie dowiem się, na jakiej płaszczyźnie rozgrywa się ta bitwa, ale tak naprawdę nie mam wcale ochoty ścigać się tu z jakimś świrem. Jeszcze zaraz dzik z lasu wyskoczy i któremuś z nas naklepie za takie nocne dragsterowanie. No właśnie, zapomniałem wspomnieć, że jedziemy formacją przez las, a, jak wiadomo z Przestróg Mamusi, nic dobrego nigdy nocą nie dzieje się w lesie.

No, ale ciul z tym, lecę z nim dalej, jak gęsi w kluczu: on na mojej dziesiątej, ja na jego czwartej.

Myślę, czy nie mignąć mu światłami, choć nie uśmiecha mi się nawiązywanie z nim kontaktu, nawet morsem. Mignę kierunkowskazem, pewnie nawet nie zauważy. Odpalę długie, tylko go rozwścieczę. Mogę, co najwyżej, głośnik na bluetootha, taki z imponującą, niebieską diodką, położyć na desce rozdzielczej i udawać tajniaka. Może da się nabrać i zwieje. Moja córa, gdy była mała, lubiła taką zabawę. Z tylnego siedzenia zarządzała centralą i po numerach rejestracyjnych „sprawdzała w bazie” przejeżdżających obok kierowców podejrzanych pojazdów i ich przewinienia. Ciekawe, co by miała na tego tutaj łobuza.

W formacji lecimy tak już dobrą minutę albo i dwie, gdy on zwalnia jeszcze bardziej.

Na liczniku 40, 30…

Wyobraźnia pracuje, podpowiada złe scenariusze, ale zobaczmy, jak akcja się potoczy. Gdyby jej rozwój szedł w złym kierunku, plan mam prosty: udam, że zjeżdżam na pobocze, a jeśli beemka też się zatrzyma, no to redukcja i puszczam galopem moją Octavię 1.6 MPI / LPG, wprawdzie bez turbosprężenia nitro, ale co z tego, skoro do setki rozpędza się migiem, wystarczy tylko, że zgaszę klimę. Mam prawie full butlę gazu, a gdy gaz się skończy, pełen bak bezołowiowej, przełączam na benzynę i mogę spierdalać nawet nad sam Bałtyk. Ciekawe, czy tamten też może pochwalić się takimi zasięgami.

źródło: Synergia

Na liczniku 30, 20, 15…

Nie mogę teraz okazać słabości. Fury Road, mów mi Max. Akurat w trasę ruszyłem uzbrojony najlepiej jak się da w tym kraju bez specjalnych zezwoleń, wykluczając potencjalny arsenał kolekcjonerskich czarnoprochowców (może kiedyś). W podróżnym kołczanie prawilności mam paralizator i gaz. Ostatnio, gdy na rynku spuścili mi bęcki, byłem głodny i nietrzeźwy. Teraz jestem trzeźwy, wyspany, po dwóch energetykach i dopiero co wciągnąłem cziza z frytkami z maka, więc mam manę i hapeki. Czarna beemo w czarnym lesie – tanio ci skóry nie sprzedam.

Lecz, gdy już pozorować mam swój zwodniczy manewr, we wstecznym lusterku pojawiają się żarówy wybawienia. No tak: my tu jedziemy dużo mniej niż 60 na godzinę, na trasie, gdzie wolno 120, zresztą jest noc, ludzie mają gdzieś ograniczenia, więc nawet na odludnym fragmencie trasy statystyka dyktuje, że ktoś w końcu podjedzie i będzie chciał wyprzedzić naszą debilną formację. I taki ktoś jedzie właśnie za mną, a ja chyba nigdy jeszcze nie cieszyłem się tak bardzo na widok lecącego lewym pasem tira.

Mój adwersarz, mój road-warrior-nemezis w czarnej beemce, nie ma za bardzo wyjścia, tir się z nim nie pieści. Wali światłami i syreną w niego, a klakson ten dla moich uszu jest czystą symfonią.

Beema przyciska. Jedna rura, druga rura… To ja na prawym też przyciskam, a co! W końcu jadę z nim w formacji czy nie? Beema wtedy ciśnie jeszcze mocniej i, patrzcie go, zjeżdża w końcu na prawy pas!

Tira jednak ostatecznie nie puszcza, tylko sama się puszcza. W długą.

Raz, dwa i ziuuuum. Znika za horyzontem.

Opuszczam szybę, wystawiam przez okno rękę i macham wybawicielowi. Pomyśli, że jakiś wariat, ale co z tego. Ważne, że mogę wrzucić na luz i odetchnąć, pozwalając się wyprzedzić. Tir nabiera prędkości, mija mnie, trąbi raz i odjeżdża. Adrenalina ewaporuje, zostawiając po sobie energetyczny lej. Uśmiecham się, ściskam kierownicę, upewniając, że za nią nie zasnę. Redbull, dodaj mi skrzydeł.

Nie był to najbardziej żałosny pościg w moim życiu. Ten tytuł należy się dwuminutowej ucieczce przed policją, którą uważam za godną uwiecznienia tutaj, choć bardziej niż megahit Polsatu przypominała coś rodem z niskobudżetowego klona GTA.

Miejsce akcji: Pasternik. Na drodze przede mną barykada – radiowóz przed skrzyżowaniem na wylocie z Krakowa. Policja robi masowe pomiary promili we krwi wszystkim przejeżdżającym. Facet w odblaskowej kamizelce podtyka ludziom przez szybę „gwizdek” i każe dmuchać. Czy to legalne, taka masówka? A co w tym kraju jest tak naprawdę legalne?

– Kurde, nie mam prawka. Nie wziąłem portfela – oznajmiam narzeczonej.

– Ojej, no to co robimy?

Ciężka za mną noc, a i poranek smętny. Może dlatego fakt, iż zapomniałem portfela, wraz z fizycznym dokumentem prawa jazdy, wydaje mi się większym problemem, niż jest w rzeczywistości. Zamiast podjechać do barykady i dać sobie zmierzyć wydech, zjeżdżam na bok i przeszukuję kieszenie. W Polsce już od jakiegoś czasu Policja ma o nas wszystko w systemie. Mam tego świadomość, ale mimo to, gryzie mnie, że nie mam portfela. I w sumie, to co za problem? Do domu mamy ile? Kilometr? Pół? Dopiero co wyjechaliśmy.

Oficer pomiarowiec łypie na mnie z daleka. Dzieli nas dobre kilkadziesiąt metrów, ale nie uszło jego uwadze, że ze sznureczka samochodów czekających na dokonanie pomiaru tylko moja octavia się wyłamała, na ich widok wykonując podejrzany manewr. Telepatycznie wyczuwam, jak w głowie policjanta trybi pomysł, że pewnie mam coś do ukrycia. Probable cause, jak to mówią Amerykanie.

– Jedziemy do domu. Nie chcę mieć kłopotów. – mówię. – Zawrócę, przyjadę z portfelem, jak trzeba to dmuchnę, trzeźwy jestem.

Ta sama babcia, która karciła mnie za rozjeżdżanie spikselizowanych przechodniów w Carmageddonie, nauczyła mnie, że trzeba dmuchać. Na zimne. Wiem, że czasem ta ostrożność jest wręcz patologiczna. Ale przynajmniej dogaduję się dzięki niej z moją jeszcze ostrożniejszą przyszłą żoną.

– Okej. – Ona mnie rozumie. – Najwyżej się trochę spóźnię…

Wzdycham na to, ale decyzja podjęta, robię manewr.

Co poradzę, że noga ciężka i robiąc zwrot, gazu daję ciut za dużo? Leci żwir spod piszczących opon. O, cholera, we’ve got a runner

Zerkam we wsteczne, domyślając się, co zobaczę. Facet biegiem leci do radiowozu.

– Oho, no to zaraz pojadą za nami…

Kogut rozbłyskuje w oddali.

Co za cyrk, myślę, ale… jadę przed siebie, w końcu nic przecież nie zrobiłem. Zawracanie jest nawet w Polsce, póki co, dozwolone, a to że tutaj ograniczenie do 30-tu obowiązuje, wiem i przestrzegam, pełen legal.

Kogut mnie dogania.

Nadzieja, że może dostali wezwanie i tak naprawdę jadą zatrzymać kogoś innego, roztapia się jak asfalt w sierpniu. Radiowóz wyprzedza mnie na tych stu-kilku metrach z łatwością. Sygnalizują, żebym zjechał w zatoczkę. Emocje jak u Ridleya Scotta, tudzież Staszka Barei! Wypatruję helikoptera i ekipy TVN-u, ale jakoś nikt tego nie relacjonuje. Za to nagły zwrot akcji: podejrzany ma broń.

Leży na półeczce pod radiem blaszany colt na kapiszony, który w zestawie z odznaką i kajdankami kupiłem córce do zabawy w policjantów i złodziei.

żródło: Rekonstrukcja wydarzeń

– Ania, schowaj gnata – mówię, zjeżdżając w zatoczkę. Widzę niepokój w jej oczach. – Tylko spokojnie…

Staniemy, poczekamy na puk, puk w szybkę.

– Dzień dobry, kontrola ruchu. Dokumenty proszę.

Mam pełną świadomość, że, gdy jestem zaspany, mój głos nie brzmi najlepiej. Jakoś tak głębiej, ochryple i szorstko. W komplecie z przetłuszczoną czupryną, bylejaką bluzą, x-dniowym zarostem i sińcami pod oczami, mój kamuflaż żulowatego kraba spod orlena jest nieskazitelny. Bowiem plan był taki, że podwożę tylko i wysadzam narzeczoną pod instytutem na Smętnej. Kilkuminutowa trasa jest do zrobienia nawet w piżamie. Gdybym wiedział, że będę miał przyjemność z wymiarem sprawiedliwości, może choć umyłbym zęby.

– Dzień dobry… – Odkaszluję. Dobrze, że „kierowniku” z rozpędu nie dodaję. – Jest z tym problem, bo nie mam portfela. Właśnie po niego zawracałem.

Policjant krzywi się. Omiata wnętrze auta wzrokiem. Gnat, na szczęście, już bezpieczny w schowku.

– Dowodu też nie ma, tak? – pyta.

Uśmiecham się głupawo i rozkładam ręce.

– Niestety, nie.

Oficer przez chwilę nic nie mówi. Coś mu tu śmierdzi i nie jest to mój oddech. Może dociera do niego absurd tej sytuacji, którą może eskalować, jeśli zechce i szacuje sobie, czy warto. Jeszcze przez chwilę waha się tak, czy ma do czynienia z criminal mastermindem, czy z idiotą.

– Dobra, niech pan w to dmuchnie. Po co pan uciekał?

A tam, od razu uciekał…

I co to wszystko ma wspólnego z dodo?

Oczywistym jest, że złamałem jedną z bardziej podchwytliwych reguł kodeksu: dbaj o autoprezencję. Nie musisz latać codziennie na detailing, ale jakieś minimum czasu poświęć, zadbaj o machę albo licz się z tego typu konsekwencjami. Skutecznością deeskalacji nieprzyjemnych sytuacji rządzą dobre maniery, a zaczynają się one od niezrażania do siebie ludzi aparycją.

To wszystko jednak pan pikuś, bo naruszyłem tu dużo ważniejszą zasadę. Prowadziłem niewyspany. Prozaiczna rzecz, tyle razy kosztować mogła mnie więcej niż rata kredytu we frankach.

Niewyspaniu przypisywać też będę mógł impulsywną decyzję, która omal nie skończy się tragicznie, po tym jak pewnego dnia, w mojej ulubionej stolicy, w myśl przewrotnych reguł kodeksu dodo, wyskoczę z auta na skrzyżowaniu, żeby z istnym supermutantem iść na gołe klaty. Historia ta zasługuje jednak na własny rozdział w tejże autobiografii.

Szerokości.

C D N

Posted in

What say you, dear reader?