PARAMETRYKA.1

Nóż był ogromny. Nieporęczny w drobnej dłoni, ale Sara miała wprawę. Trzaskała nim o deskę, tnąc z precyzją maszyny.

Jej chude palce, silniejsze niż by przypuszczał, kiedyś lubiły szukać schronienia w jego dłoni. Zbierały pamiątki – odciski od drążków gimnastycznych i zgrubienia opuszek od strun gitary. Składały papierowe łabędzie, by puszczać je w kałużach przed domem. Rzeźbiły w drewnie scyzorykiem, sypiąc beztrosko ścinkami. Podobnie jak teraz, tylko teraz nóż był ogromny.

Zawsze były chude, to pamiętał dobrze. Łatwo zapamiętać kształt, trudniej zapamiętać dotyk.

Kuchnią zawładnął aromat ziół, czosnku i pieczonego chleba. Z tak bliska czuł też nutę świeżo wyciśniętych grejpfrutów, trzymającą się mocno jej popryskanej sokiem bluzki. Piekarnik nagrzewał przyjemnie powietrze, a zachodzące słońce barwiło niebo na różowo. Dźwiękoszczelne okna odcinały kuchnię od zgiełku ogarniętego pośpiechem miasta i rytmiczne stukanie noża było jedynym dowodem na to, że czas nie zastygł tu w ciszy.

Jacob miał wiele okazji, by podziwiać, jak Sara daje wyraz swojej pasji przy desce kreślarskiej lub przy sztaludze. Nigdy jednak nie widział, jak daje ponieść się tej pasji w kuchni. Kształtom spod ostrza pozwalała dzielić się wyłącznie na równe i foremne, jakby miała z nich zaraz powstać nie sałatka, tylko mozaika. Śledził z zafascynowaniem każdy ruch. Brodą dotykał prawie jej ramienia.

– Na co tak patrzysz? – spytała. – Boisz się, że utnę sobie palce?

Odsunął się speszony.

– Masz dłonie po mamie – powiedział. – Ona też tak lubiła wyżywać się w kuchni.

Jej dłoń drgnęła jakby uderzona. Nóż zawisł na moment w powietrzu. Cięcia, które napadły po chwili na deskę były głośniejsze, za silne i niecelne. Pojawiły się nierówne paski. Strzepnęła je do kosza z ledwo nadciętą papryczką.

– Już mi to kiedyś mówiłeś. – Nakreśliła nożem łuk, wskazując przejście do salonu. – Miałeś się rozgościć, a nie stać tutaj nade mną.

Wycofał się do pokoju.

Faktycznie, rzuciła mu to wyzwanie w chwilę po powitaniu. Kazała mu czuć się tu jak u siebie. Zachęcała tak swobodnie, jakby mieszkała w tym miejscu przynajmniej parę lat, a nie miesięcy.

Spoglądał na nowatorskie meble, krzykliwe grafiki na ścianach. Na wszechobecne pomysłowe drobiazgi z pogranicza kiczu i elegancji. Wkład Sary w wystrój był nie do przeoczenia i nie dziwiło go jakoś specjalnie, że ktoś, kto chciał z nią mieszkać, musiał pozwolić jej na urządzenie całości po swojemu. Miała rękę do aranżacji, poznawał jej styl, ale było też w mieszkaniu coś jeszcze. Coś nieuchwytnego i sprawiającego, że czuł się tu wyjątkowo nieswojo. Nie potrafił jednak tego nazwać.

Pojawił się ponownie w kuchni.

– Chyba przyszedłem za wcześnie – powiedział.

Sara przerwała cięcie.

Stała przed nim w domowej bluzce, z włosami upiętymi w roboczy kok, nieumalowana i z kroplami potu na policzkach.

Ależ nie, jesteś w samą porę. Popatrz mi jeszcze na ręce. Wytknij mi plamę na bluzce. Albo powiedz, że w sumie to nie jesteś wcale głodny i będziesz tylko patrzył na nas, jak jemy…

Odetchnęła głęboko, powoli. Przywołała na twarz przepraszający uśmiech.

– Ważne, że przyszedłeś – powiedziała. – Naleję ci czegoś, bo inaczej nigdy nie dasz mi skończyć. – Umyła ręce i podstawiła szklankę pod dyspenser lodu. – Na tarasie możesz zapalić.

Advertisements

Z papierosem i szklanką szkockiej w dłoni chłonął imponującą panoramę zalanego strugami świateł miasta, ale nie odnalazł tu cienia ulgi. Przeciwnie, w jego skroniach pulsowało. Przed oczami miał wszelkie możliwe scenariusze przebiegu dzisiejszego wieczoru, do których usiłował w głowie skonstruować adekwatne strategie. Odnajdywał ich słabe punkty, odrzucał je i zaczynał od nowa, w usta Sary wkładając słowa, których mógł się spodziewać. Swoim szykując rozsądnie brzmiące odpowiedzi.

Drugi papieros dogorywał całą wieczność. Przy trzecim dał za wygraną i dobił do dna szklanki whisky. Wrócił z tarasu, czując, że mimo braku planu, powinien być w stanie zachować odpowiedni dystans. Jeśli rezultat dzisiejszego spotkania będzie dla Sary rozczarowaniem, to w dużej mierze z racji jej skrytości, a nie jego nastawienia.

– David Masterson… – Jego usta poruszały się prawie bezgłośnie, gdy wędrował po pokoju gościnnym, lustrując regały pełne książek i grubych profesjonalnych albumów fotograficznych. – David Masterson…

Większość tytułów była w obcych językach, nie potrafiłby ich wymówić. Pozycje, których tytuły rozszyfrował, wskazywały na fascynację historią obyczajów sprzed epoki globalnej cyfryzacji. Sięgnął po jeden z albumów i przyglądał się zdjęciom.

Nie były to pozowane pamiątki rodzinne ani strzelane luźną dłonią focie z imprez, tylko sceny gwałtownie wyrwane z życia wypełnionego podróżami, z dzikich miejsc i w ryzykownych sytuacjach. Na niektórych widniały sylwetki żołnierzy korpusu Koalicji Niepodległej Afryki. Na innych wytatuowane twarze dalekowschodnich watażków. Spodziewał się, że znajdzie tu gdzieś twarz, którą będzie mógł wreszcie przypisać do nazwiska faceta, które Sara niechętnie zdradziła mu miesiąc temu.

– David Masterson…

Przez chwilę myślał, że może nawet mu się to udało. Jedno ze zdjęć upamiętniało oddział żołnierzy korpusu na tle jakiegoś hangaru. Wyróżniała się na nim twarz jedynego białego mężczyzny.

Musiało być jednak dość stare, sądząc po jakości samego zdjęcia, ale też po ich ubiorach, i staromodnych rysach karoserii cywilnej terenówki, przemalowanej na wóz bojowy, przy której pozowali. Typowa fotografia, na którą patrzysz i masz nieodparte wrażenie, że wszyscy obecni na niej zestarzeli się już albo od jakiegoś czasu nie żyją.

Chyba właśnie przez patrzenie na to stare zdjęcie Jacob uświadomił sobie wreszcie, dlaczego czuł się w tym mieszkaniu tak nieswojo, jak w jakimś skansenie.

Panowała tu niewzburzona technologią cisza. Żadnych powiadomień. Żadnych emiterów holo i uiksów na ścianach. Żadnego AGD sprzężonego w splocie. Szyby w oknach, na przykład, nie wyświetlały chmurki z prognozą pogody. Nie było też nigdzie ani jednej cyframki, a nawet, za przeproszeniem, spłuczka w toalecie wymagała naciśnięcia przycisku.

System inteligentnego zarządzania domem był tu całkowicie nieobecny.

W poszukiwaniu czegoś co mogło być sensorem interfejsu, Jacob na próbę pomachał dłonią przed błyszczącą piramidką stojącą na stole w pokoju gościnnym. Postukał też palcem w złoty romb na ścianie, sądząc że może to panel i czymś steruje, ale nic nie zamrugało, nie rozległ się żaden sygnał. Żaden głos nie zapytał, czym mógłby mu służyć. Piramidka była tylko ozdobą z hematytu i nie pełniła żadnej innej funkcji. Płytka widocznie też.

Zrobiło mu się głupio i starł ślady palca rękawem koszuli.

Kto by chciał tak żyć?

Wkroczył do mniejszego pokoju, gdzie przestrzeń w kącie zdominował ołtarz dla cudzoziemskiej muzy. Czarny bęben djembe, nad nim sitara, po obu stronach digderidoo. Słowa te nie mówiłyby mu nic, gdyby nie zrobił instrumentom zdjęć i nie wyszukał o nich informacji w splocie. Na przeciwległej ścianie wisiały drewniane i kamienne maski oraz skóry zwierząt stanowiące tło dla zbioru amuletów i kilku sztuk starodawnej broni.

Kimkolwiek był David Masterson, Jacob nie miał z nim żadnych wspólnych tematów. Poza Sarą.

– Niełatwo znaleźć go na zdjęciu – szepnęła mu do ucha. – Woli być po drugiej stronie obiektywu.

Przebrała się w modną sukienkę, zdążyła wymodelować włosy. Dobrze wiedziała, że o efekcie decydują detale. Makijaż był mocnym akcentem, tak samo jak te olbrzymie kolczyki i naszyjnik. Wyglądała zaskakująco poważnie jak na dwudziestolatkę, choć podkradła się do niego z czysto dziecinną frajdą, na bosaka.

– Ciebie też na nich nie znajdę? – spytał.

– Na tych nie. – Zabrała mu album. – Zostaw to. Chodź, poczęstuj się.

Posadziła go przy stole w salonie. Zaproponowała kolejną szkocką, ale wybrał sok. Sobie nalała wina. Patrzyła przez chwilę na jego bezradność, gdy usiłował zdecydować się na którąś z kanapek coraz pewniejsza, że umarłby tu z głodu, gdyby nie wybrała dla niego kilku sama.

– Wyglądają tak dobrze, że aż szkoda jeść – powiedział, próbując maskować prawdziwą naturę swojego niezdecydowania. Nie uszło jej uwadze, że zaczął od odłupywania słonecznika z brzegów kromek i że, jakby półświadomie, rozpoczął układanie z ziaren wzoru na talerzu.

– Sporo tu na półkach albumów – powiedział, nie spoglądając na nią. – Trzymasz też jakieś zdjęcia mamy?

Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na powstający na talerzu spiralny kształt. Upiła mocny łyk i przyglądała się chwilę czerwonym kroplom tańczącym na ściance kieliszka. On układał dalej coraz bardziej zaabsorbowany tą nieistotną czynnością.

Tak już czasem miał. Nie wyczuwał niezręczności. Nie zauważał milczenia.

– O niej przyszedłeś rozmawiać? – spytała.

Spojrzał wreszcie. Czyżby zapomniał, że w ogóle zapytał o te zdjęcia?

Nie. Przetwarzał po swojemu. Próbował wyłuskać z jej słów wyrzut, gorycz, cokolwiek, ale twarz Sary była nieruchoma, jej spojrzenie uwięzione na krawędzi kieliszka.

– Nie musimy, jeśli nie chcesz – odparł. Tak tylko mi się nasunęło. To może pozwolisz spytać, czy zdecydowałaś już… którą uczelnię wybierzesz? Czy to temat też nie na dziś?

Uch. Spodziewała się tego pytania, ale i tak ją zirytowało, zwłaszcza gdy tak mlasnął nim, przeżuwając swój starannie ogołocony ze słonecznika chleb.

– Pytałeś mnie o to niedawno, prawda? Nic się w tej kwestii nie zmieniło.

– Wiesz, po prostu, mija już rok i powoli…

– Wiem, że mija rok. Mam w domu kalendarz – odparła. – I mam też inne sprawy na głowie. Trzy rozmowy nagrane mi przez agencje pośredniczące z grafikami pod oferty stażu.  Skontaktowało się też ze mną bezpośrednio jedno studio zainteresowane moim portfolio. Z Amsterdamu.

– Ło! Świetnie! To wspaniale! – Jacob uniósł triumfalnie szklankę soku. – Mają tam dobre uczelnie?

Nie rozumiał, że stąpa boso po szkle. Nie dostrzegał tabliczki z ostrzeżeniem o wysokim napięciu. Sara nie chciała porazić go wzrokiem, chciała go tylko lekko kopnąć, żeby wycofał się za linię bezpiecznej wymiany zdań.

Fajnie tu mieszkacie.

Ładnie ci w niebieskim. Coś w tym stylu.

Dorabiasz sobie do statusu dalej w tamtej knajpce? A jak ci w ogóle poszło z tą wystawą w galerii?

Tego typu pytań.

Zadowoliłoby ją nawet, gdyby rzucił znienacka czymś ze starego repertuaru.

Hej, a wiedziałaś, że optymalnym upakowaniem punktów na dysku są układy spiralne, gdzie proporcja prawo- do lewoskrętnych utworzonych z takich punktów krzywych, odpowiada stosunkom kolejnych liczb ciągu Fibonacciego?

A pamiętasz, że właśnie w takie wzory układają się nasiona słonecznika?

Jak te u twojej babci, pamiętasz? Na wsi.

A mają tam dobre uczelnie?

– Mają – odpowiedziała zrezygnowana i roztopiła się na oparciu kanapy. – Mają dobre uczelnie. Tylko nie wiem, czy ja chcę tam wyjechać. Nie wiem, czy chce mi się wyjeżdżać dokądkolwiek. – Zrobiła ostrożną pauzę, zaczerpnęła oddech. – Myślę, że jestem gotowa, by spróbować na własną rękę rozkręcić coś tutaj od zera. Bo tutaj mam na kogo liczyć, gdybym potrzebowała z tym pomocy.

Nawet jeśli nie mogłabym z tym liczyć na ciebie – pomyślała, ale zachowała to sobie na kiedy indziej.

– Mhm. – Jacob uśmiechnął się, a przynajmniej miał nadzieję, że wyglądało to na uśmiech. – Ciekawy pomysł. Wiadomo, masz tyle różnych opcji. I to, że masz ich tak wiele zawdzięczasz tylko sobie, Sara, włożyłaś w to masę pracy i masz ogromny talent.

Nie daj się zwabić, Sara, zignoruj ten uśmiech. Każde “masz talent, Sara”, każde “świetnie ci idzie” to tylko preambuła tego, co tak naprawdę miał ci do przekazania. Zaraz będzie jakieś…

– Ale… – wypowiedzieli równocześnie.

Uniosła kieliszek, gratulując sobie, że nie wyszła z wprawy.

Jacob zmarszczył brwi. Miała go rozpracowanego, wiedział o tym. W końcu nie tylko dłonie miała po matce. Ale wkurzało go, gdy tak robiła, zwłaszcza teraz, gdy znajdował się na nieznanym mu terenie.

Niech to szlag. Powinieneś był zacząć inaczej. Powinieneś był spytać najpierw, skąd są te rzeźby w przedpokoju albo jak poradziła sobie z wystawą, albo czy te postery w salonie to były jej dzieła, nawet jeśli doskonale znasz odpowiedź, bo kreska wydała ci się znajoma.

Ale nie spytałeś.

– Wiesz z pewnością, że talent to nie wszystko – podjął temat, ale był już mocno sfrustrowany, a jego głos przybierał ton, w który wpadał, gdy trzeba było tłumaczyć dziecku, dlaczego nie należy dotykać gorącego garnka albo nie biegać zimą bez szalika i czapki. – Słuchaj. Dobra uczelnia pomoże ci solidnie ugruntować fundamenty. Później albo w trakcie, jasne, staż, praktyka, praca. Nauczysz się, jak z tej wiedzy korzystać. Ale przez uczelnię zdobędziesz też kontakty, Sara. To się potem przydaje najbardziej.

– Na wszystko mam czas. Chyba nie muszę akurat dzisiaj, tu przy tobie, na nic się ostatecznie deklarować?

– Nie no, jasne. Ja to rozumiem. Sądziłem tylko, że masz może ochotę omówić ze mną ten temat.

Zmrużyła oczy i pochyliła się w jego stronę.

– Pytanie za pytanie. Moja kolej. Poznałeś kogoś?

Jacob zmienił pozycję w fotelu, zmarszczył czoło i skrzyżował ręce jak ochroniarz przed wejściem do klubu. W układanych w głowie scenariuszach nie przewidywał tak bezpośrednio zadanego pytania.

– Jakoś ostatnio nie było okazji. Wiesz sama, jak to jest.

– Właśnie, że nie wiem. Proszę, powiedz. Przez siedem lat nie było okazji?

Wiedziała, gdzie dźgnąć, żeby wpadł w zakłopotanie. Ale jej oczy zdradzały autentyczną troskę i głupio mu było wykręcać się od odpowiedzi. Wziął głęboki oddech i spróbował przedstawić sprawę rzeczowo.

– Słuchaj, to nie jest takie proste. Ja większość czasu spędzam w firmie, a w mojej branży nie trafia się zbyt wiele okazji do poznania kogoś sensownego. A jeśli nawet, to siłą rzeczy są to osoby dość… ekscentryczne. Zresztą wiesz, teraz to nie jest aż tak istotne. Jestem blisko przełomu w projekcie i tylko na tym jestem w stanie się skupić. Tylko o tym gadam, a chyba sama się ze mną zgodzisz, że moja praca to nie jest raczej dobry temat do przełamywania lodów.

– Tato. – Odstawiła kieliszek. Zmusiła go, by spojrzał jej w oczy. – Co ty pieprzysz?

Przekleństwo w jej ustach było kolejnym strzałem znienacka, ale uśmiechnął się tylko pod nosem, udając, że bierze to za dowcip.

– Co mogę ci jeszcze powiedzieć? Takie są realia, nie ma co tego roztrząsać. Naprawdę nie jest łatwo kogoś poznać. Zresztą dla mnie nigdy nie było.

– W kółko to powtarzasz. Ale czasem wspominałeś o tej… Betsy? Bessie?

– Becky. Myślisz o Rebece Rose – odparł. – Teraz już Becky Karlsson. Wyszła w zeszłym roku za mąż. Wiesz, między nami, to nie było tak na poważnie.

– Przecież wy mieszkaliście ze sobą.

– No tak. Prawda – mruknął. – Ale krótko.

Wspomnienie poruszyło go jednak bardziej, niż chciałby przyznać. Sara chyba to zauważyła, bo przysunęła się i ścisnęła jego dłoń. Jej palce nie były wcale aż tak silne, przynajmniej nie w tym geście i rozpoznał bez trudu w tym dotyku, że to nadal te same palce ze spaceru za rękę w lesie, ze zbierania muszelek, z gry w wojnę kciuków oraz papier, kamień i nożyczki.

– Musisz próbować dalej – powiedziała. – Nie chcę, żebyś był sam w tym domu. Ktoś musi mieć na ciebie oko, jeśli zdecydowałabym się wyjechać. Jak się nie sprężysz, to sama będę musiała zacząć kogoś szukać. Nie dajesz mi wyboru!

Szturchnęła go zaczepnie, ale spojrzał na nią z powagą i z cisnącym mu się na usta pytaniem.

Kogoś kto zastąpi nam Evelyn, Sara?

– Dziękuję, że tak się o mnie troszczysz – powiedział po chwili. – To naprawdę bardzo miłe. Tylko że to ja bardziej martwię się o ciebie.

Przybrała minę czujnego kota.

– Co masz na myśli?

Jacob sam był zdziwiony, że znalazł odwagę, by zacząć temat. Słowa czekały jak nabój w komorze, odkąd przyjął zaproszenie na obiad.

– Sara, ten David. – Chciał brzmieć stanowczo, ale nie protekcjonalnie. – On jest od ciebie prawie dwa razy starszy. Jest praktycznie w moim wieku. Czy nie uważasz, że to jest lekka przesada?

Przeistoczyła się momentalnie. Cofnęła dłoń. Jak zranione zwierzę naprężyła ciało, po części wystraszona, po części gotowa do kontrataku.

– Nie – powiedziała. – To nie jest żadną przeszkodą. Między nami jest… więź. To nie jest taka zwykła chemia, wiesz? W sumie wątpię, żebyś ty potrafił to zrozumieć. I on jest od ciebie sporo młodszy.

– Mi nie chodzi o więź, Sara, ani o żadne uczucie czy jakkolwiek nazwiesz to, co was łączy. Po prostu wiem, że oboje jesteście na różnych etapach. On ma już pozycję. Wysokie ratio. Status. A ty dopiero wkraczasz w prawdziwe życie. Taki układ nie jest w ogóle zrównoważony i z takiego czegoś rodzą się poważne konflikty.

– Bardzo cię proszę, nie rozpędzaj się. Naprawdę ty, tato, będziesz robić mi wykład na temat związków? – odparła. – Konflikty? Konflikty w życiu są nieuniknione.

– Nie, gdy tak łatwo przewidzieć, że nastąpią. Sara, według mnie…

– Według mnie to… Według mnie tamto… Wiesz co, ja sobie doskonale radzę bez twojego “według mnie” na co dzień. Mój związek z Davidem to relacja poważnych ludzi. Nie boimy się różnicy zdań. Nie uciekamy przed problemami. Jeśli się pojawią, popracujemy nad znalezieniem rozwiązania.

– Dobrze. Ty możesz traktować to poważnie, ale on niekoniecznie. Przykładowo, nie pojawia się, gdy chcesz przedstawić mu ojca? Dlaczego każe na siebie czekać? O czym to świadczy?

Wyprostowała się, chwyciła butelkę wina i stanęła przy oknie.

– Zawsze to robisz. Nie wiesz o nim nic, ale już wyciągasz swoje wnioski. – W paru łykach opustoszyła kieliszek, by wypełnić go ponownie. – David spóźnia się, tato, ponieważ bierze udział w programie mentorskim. Poświęca swój cenny czas, by pomagać dzieciom. Robi to parę razy w miesiącu od kilku lat. Dzięki jego pomocy trafiają do dobrych szkół. Daje im szansę na lepsze życie. Ale oczywiście ty już go osądziłeś po swojemu.

Wzięła trefny łyk, zakrztusiła się i do oczu napłynęły jej łzy.

Wstał, by pomóc, ale strącił przy tym talerz z kanapkami na podłogę, rozsypując na dywan kolorowe plasterki. Zaczął przepraszać i zbierać je w pośpiechu. Odstawiła kieliszek, nachyliła się i przegoniła jego niezdarne ręce, bo bardziej przeszkadzał, niż pomagał. W końcu jej wzrok posadził go z powrotem na sofie. Wrzuciła wszystko na talerz i wyniosła do kuchni.

– Słuchaj, przepraszam, nie oburzaj się – powiedział, gdy wróciła. – Nie miej mi za złe. Po prostu formułuję wnioski na podstawie informacji, które posiadam. Wiedziałbym więcej, gdybyśmy częściej rozmawiali.

– Właśnie rozmawiamy i już przypomniałam sobie, dlaczego nie robimy tego często.

Spojrzał na kieliszek w jej ręce. Był pusty, a ona znów go napełniała.

– A czy często tak ostro pijesz, Sara? – spytał.

Prychnęła. Wzięła łyk wciąż wpatrzona w okno.

– Byłam młodsza, piłam dużo więcej, tato.

Zamilkł. Czuł się, jakby spadł z wieżowca na pole minowe. Ustawiła się do niego bokiem, szukała czegoś w chmurach za szybą. Chciał ją przytulić, poprosić, by mogli porozmawiać normalnie, bez krzyku.

A najgorsze w tym wszystkim było to, że istniało jeszcze jedno pytanie i to ciężkiego kalibru, które czuł, że powinien zadać, jeśli chciał mieć spokojne sumienie. Tylko niby jak ma ojciec spytać córkę, czy ta, sypiając z facetem w jego wieku, stosuje odpowiednie zabezpieczenia? Powinien?

Zastanawiał się, czy Evelyn zapytałaby córkę wprost. Pewnie tak. Za przeklinanie też miałaby wiązankę ciętych słów przygotowaną do zaserwowania córce.

Cisza była tak duszna, że głęboko pożałował zamiany oferowanej mu przez Sarę whisky na różowy, gorzki sok. Nachylił się, by odstawić szklankę, kątem oka dostrzegając pozostawioną w przedpokoju grubą skórzaną aktówkę i nagle wróciła mu nadzieja.

– Prawie wyleciało mi z głowy – powiedział, dramatycznie klepiąc się w czoło. – Mam coś dla ciebie. Daj mi sekundę.

Uczepił się tej aktówki jak koła ratunkowego i zaczął przegrzebywać się przez zawartość. Wyjął w końcu małą kopertę z bąbelkami, do której dokleił fioletową kokardkę. Logo korporacji na kopercie przypominało pomarańczowy plaster miodu. Pod nim widniał napis:

C A V E

Przesyłkę nadano z Tokio. Spoza Integralu.

Sara wciąż zła, ale zaintrygowana, usiadła naprzeciw niego, wzięła kopertę i rozerwała ją. Niewielkie białe pudełko, które znalazła wewnątrz najpierw zważyła w dłoni i obejrzała z każdej strony, a następnie rozdarła z tym samym okrucieństwem co kopertę. Spojrzała na Jacoba.

– Przymierzysz? – spytał.

Gadżet był smukły i elastyczny, a jego kształt sugerował chyba, że zakłada się to za ucho. Dobrze spasowana biała obudowa z tym samym pomarańczowym logiem skutecznie skrywała wewnętrzne komponenty. Z wierzchu nie było widać ani jednej śrubki. Ozdobiona była niepozbawionym wdzięku wzorem, splotem kwiatów, wstęg i spiral, z pewnością atrakcyjnym dla nastolatek, do których produkt wyraźnie był adresowany.

– Co to jest? – zapytała.

– Kontroler.

Słowo nie wyjaśniało jej niczego. Zerknęła do instrukcji tłumaczącej, jak załadować dołączony w zestawie czip z aplikacją demonstracyjną, lecz tylko zdawkowo informowała, w jaki sposób działa samo urządzenie. Natrafiła na akapit ze zdaniem: „Aby rozpocząć rozgrywkę…”.

– Gra? Serio, tato, gra? No, błagam cię. Nie obraź się, ale ja nie gram w gry. Nigdy nie grałam. To jest nudne. Sama przemoc albo wyścigi.

– Ale Sara, to nie jest jakaś tam zwykła konsola! – Pomimo jej miny Jacob był pełen entuzjazmu. – To jest system symulacyjny wykorzystujący neurointerfejs LD-REM. Nie potrzebuje ekranu ani żadnego zewnętrznego urządzenia sterującego…

– Zagraniczny szmelc-tek do mieszania w mózgu.

– Ależ skąd! W tej technologii od lat szkoli się pilotów odrzutowców, astronautów, kierowców rajdowych. Właśnie zaczęła być dostępna powszechnie. Na wschodzie to robi furorę.

– Halo, ziemia do taty! Ja nie latam na odrzutowcach. Na co mi to?

– A gdybyś tak dzięki temu szmelc-tekowi mogła wcielić się w rolę japońskiej malarki na cesarskim dworze w epoce rozkwitu imperium? Nie chciałabyś zobaczyć miejsc, które inspirowały tamtych artystów, poznać ich techniki? To są takie realistyczne symulacje. Ta na czipie daje możliwość cofnięcia się w czasie i zanurzenia w magicznym, orientalnym świecie. Specjalnie z myślą o tobie wybrałem taki zestaw.

– I zapamiętałeś też cały tekst z ulotki? – Westchnęła, opadając na sofę. – Ok. Brzmi to… ciekawie, ale… ja mam mnóstwo, mnóstwo pracy. Naprawdę nie znajdę na to czasu, tato. Także, no dzięki, że o mnie pomyślałeś, ale…

– Ale ja przecież doskonale wiem, że ty nie poświęcasz za bardzo czasu na żadne rozrywki. Zwłaszcza teraz, gdy snujesz tak ambitne plany jak otwarcie własnego studia. I właśnie dlatego to jest świetny prezent dla ciebie.

Nie wyglądała na przekonaną.

– Bo?

– Bo w to można grać przez sen – odparł zadowolony.

Mógł tylko zgadywać, jak wielkim dziwakiem był w tym momencie w oczach córki. Ale chyba dostrzegał w nich również, że początkowy sceptycyzm walczy w niej i przegrywa powoli z zaciekawieniem. Trochę ją jednak znał i wierzył ostatecznie, że jego córka przekona się, spróbuje czegoś, co być może pozwoli jej rozwinąć się artystycznie. W końcu coś i po nim musiała odziedziczyć, a on nie uciekał przed wyzwaniami.

– Okej, może to wypróbuję – powiedziała. – Przynajmniej to nie kolejna mechatroniczna baletnica. No dzięki, tato.

Uśmiechnął się i uniósł dłonie w triumfalnym geście.

Ona przewróciła oczami, ale uśmiech odwzajemniła.

– Myślę, że nie ma co dłużej czekać. Dla Davida odgrzeję coś później – powiedziała. – Przez nasze pogaduchy zrobiłam się okropnie głodna. Zjedzmy co mamy sami – postanowiła i wstała, by przejść do kuchni.

– Wszystko dobrze? – spytał, widząc, że Sara delikatnie się kołysze.

– No pewnie – odparła, salutując w jego stronę kieliszkiem. – Chyba mamy z głowy wszystkie najcięższe tematy. A i chyba strzelę sobie. – Wycelowała w niego palec jak pistolet. – Kawkę. Ty też chcesz? Wiem, że tym się głównie żywisz. A potem może ci coś powiem, co miałam ci powiedzieć po deserze.

– Jest jakaś szansa, że się tego nie przestraszę?

– Ba. Sto na sto, że się ucieszysz.

Jacob uśmiechnął się i podziękował.

Właśnie wtedy telefon w jego kieszeni dał o sobie znać mało oryginalną melodyjką. Sara przystanęła w połowie drogi.

– Przepraszam – powiedział.

– Nie sprawdzaj – poprosiła. Stała plecami do niego i bała się odwrócić. – Nie sprawdzaj. Nie tutaj. Nie teraz.

– Przepraszam, Sara. Muszę.

Odblokował urządzenie. Otrzymana wiadomość zawierała plik graficzny, który otworzył się automatycznie. Ekran wypełniło niskiej rozdzielczości zdjęcie zrobione z biurka w ciemnym pomieszczeniu. Blade światło padało na nagie ciało tęgiego mężczyzny powieszonego pod sufitem na zaciśniętej na szyi pętli.

wiadomość
od: marcus.webber ℘ Cygnescue
do: jacob.saney ℘ Cygnescue

PRZYJEŻDŻAJ

Schował telefon. Sara patrzyła na niego z rezygnacją.

– Mówiłeś, że masz dzisiaj urlop – powiedziała. – Że specjalnie na dzisiaj go wziąłeś.

– Bo mam, ale… niestety i tak muszę jechać do firmy. To wyjątkowa sytuacja. Przepraszam.

Podeszła i zabrała mu z ręki szklankę.

– Powiedz, tato, tak na logikę, kiedy do sytuacji dochodzi z przewidywalną regularnością, to w jaki konkretnie sposób jest ona wyjątkowa? – W kuchni włączyła ekspres do kawy. – Idź. Drzwi zamkną się same.

– Proszę, zrozum. To nie zależy ode mnie – powiedział. – Dam ci znać. Umówimy się na inny dzień, okej? Przepraszam cię, Sara, odezwę się. Muszę lecieć. Pa. Do zobaczenia.

Mielenie kawy w ekspresie mogło zagłuszyć jej odpowiedź na pożegnanie albo przemilczała je obrażona, ale nie miał czasu o tym myśleć. Ubrał się w dużym pośpiechu i wyszedł. Drzwi zasunęły się bezszelestnie. Szybkim krokiem przemierzył korytarz, kierując się do windy.

– Poczekaj!

Sara dogoniła go w momencie, gdy wybrał przycisk parteru. Wstrzymał drzwi windy. Chciał przeprosić raz jeszcze, ale ona była szybsza.

– Wpieprzasz się w moje życie, tato, tylko udając, że ci zależy! – Wcisnęła mu w dłoń potargane białe pudełko i wyślizgnęła się z windy. – Nie wpieprzaj mi się chociaż w sny.

Advertisements

Submit a comment

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s