PARAMETRYKA .20

Marcus do pracy najchętniej wziąłby rower, ale po kilkudniowej burzy w jelitach nie odważył się, wziął taksę. Mieszkał w ścisłym centrum, do firmy nie miał tak daleko, jak ci z peryferii, jak Jacob przykładowo, a dziś wyszedł z domu zdecydowanie za wcześnie. Poprzednim razem opuszczał biuro Cygnescue jako ostatni. Tym razem odbijał się na gejtach prawie przed wszystkimi.

O tej porze piętro przypominało cichy labirynt zbudowany z akustycznych ścianek działowych, interaktywnych parawanów, a głównego oświetlenia jeszcze nie włączano i gdy Marcus przemierzał halę w stronę sekcji R&D, czujniki ruchu zapalały jedynie energooszczędne żarówki na kilka kroków przed nim, po czym przygasały.

Automatony sprzątające miały zakaz wstępu do ich labu, co stanowiło problem, bo Jacob miał w kwestii sprzątania irytującą huśtawkę. Gdy nie rzucał się w wir reorganizacji, w okresy karmienia niszczarek i zerowania archiwów, nurzał się tygodniami w tej zupie z zaśmieconego mózgu, wśród kisnących kubków niedopitej kawy, zaniedbując wspólną przestrzeń biurową, zasadę czystego biurka, a już na pewno podstawy BHP.

Bałagan w głowie, bałagan w życiu, powtarzała mama, dlatego Marcus trzymał, co tylko mógł, uporządkowane w holoprzestrzeni. W razie potrzeby mógł emitować całe pałace pamięci albo mapy myśli wokół siebie, bez konieczności zaśmiecania rzeczywistości. A że za sprawą mamy miał również ostrą nerwicę natręctw, od razu po przyjściu wziął się za porządki. Nawet cieszył się z tego pretekstu do odsunięcia w czasie walki z nagromadzoną w trakcie jego nieobecności firmową korespondencją.

Gdy ogarnął wstępnie pracownię, przez kilka minut przyglądał się zapiskom na ścianie-tablicy.

– Tego tu nie było – mruknął do siebie, widząc czerwony pytajnik przy jednej z macierzy Connelly’ego, po czym podrapał się po brodzie, wzruszył ramionami i poszedł do kafeterii zjeść jakieś śniadanie.

– Kawa, cukier, śmietanka, tost z masłem orzechowym i nie zapominajmy o… mandarynkach – z zamkniętymi oczami wyrecytował, czego spodziewał się po dzisiejszym pakiecie podstawowym I jak zwykle miał rację. Żeby cokolwiek z szykowanej dla niego tacki mogło go zaskoczyć, chefbot musiałby mieć awarię i wydać mu opcję dla alergików.

– Wszędzie dają to samo, co nie? – powiedziała szczupła blondyna siedząca przy stoliku pod ścianą, przy samym wejściu.

Nie zauważył jej od razu, bo miejsce zasłaniało otwierane na tamtą stronę skrzydło drzwi. Zresztą on raczej unikał kontaktu wzrokowego w biurze, oczy skierowane głównie w podłogę. Zdziwiło go również, że, choć było jeszcze dość wcześnie, kogokolwiek tutaj zastał. Na stoliku przed nią leżała tacka, a na niej ułożone w stosik talerze z plasteco, puste. Teoretycznie mogła być w biurze jeszcze wcześniej od niego.

– Wszędzie, to znaczy gdzie? – zapytał.

– No tak ogólnie w korpo. Nie ma co liczyć na naleśniki z serem i czekoladą albo domowy omlet.

– Taki mamy pakiet. Słyszałem, że w Vogelssonie na dole mają szerszy wybór, ale nie liczyłbym na coś tak radykalnego jak naleśniki – odparł i już miał się oddalić, gdy spostrzegł, co było napisane na pudle leżącym obok niej na krześle.

– Czekaj, czy to nie jest przypadkiem od nas? Skąd to masz?

– Pan Saney kazał mi zapoznać się z archiwalną dokumentacją projektu i zwrócić ją, gdy skończę. Czy pan Marcus Webber? Może się pan do mnie przysiądzie?

– Eee, jasne, tylko… wezmę tackę. Jesteś nowa?

– Na okresie próbnym.

Wyciągnął dłoń.

– Tu wszyscy mówimy sobie na ty. Po prostu Marcus.

– Okej, Marcus. Miło mi. – Miała dość mocny uścisk dłoni. – Vanessa Bowman. Albo, jak wolisz: Vanka czy tam, jak wolą niektórzy: Vance.

– Vance? – Marcus ruszył mózgiem na szybko, uruchamiając jedno, raczej błędne skojarzenie. – Brzmi jak jakieś pseudo.

Zaśmiała się. On po chwili również, skoro najwyraźniej powiedział coś zabawnego, choć mówił przecież serio. Po prostu nie na temat.

– Życzyłabym ci smacznego, ale, sądząc po twojej minie, firmowe żarcie wychodzi ci bokiem. Mogę mandarynkę?

– Jakoś tu przyjemniej – powiedziała, gdy wkraczali razem do labu i Marcusowi zrobiło się miło, że ktoś docenił jego wcześniejsze wysiłki. – Będzie ci przeszkadzać, jeśli zapalę? Jacob mówił, że można tu palić.

– Wiesz co, spoko, tylko okno jest od jakiegoś czasu zepsute i się blokuje. – Spróbował je otworzyć. – O, jednak już działa. No to śmiało. Ja nie palę, ale jestem przyzwyczajony.

– Nad czym siedzisz? – spytała.

– A jeszcze nad niczym w sumie. Nie wprzęgałem się kilka dni i jestem odrobinę do tyłu. Muszę przejrzeć dziennik zmian, poodpisywać na wiadomości. Takie tam… Sama pewnie wiesz, jak to jest. Papierologia.

– Nie spieszy ci się.

Spojrzał na nią oczami komicznie błągającymi o litość. Trafiła w sedno.

– Po czym zgadłaś?

– Zamiast tego pewnie wolałbyś mnie wdrażać w projekt.

Uśmiechnął się i aż zakręcił w orbifotelu. Niepewna siebie to ona nie była.

– Bardzo chętnie. Tylko nie bardzo wiem, od czego zacząć.

– Coś się wymyśli. – Zajęła drugi orbifotel i nastawiła optipulatory. – Możemy wpiąć się w przeplocie. Tak chyba będzie najszybciej.

– To dobry pomysł. No, dobra. Jak chcesz to ci zrobię intro, a potem możemy skoczyć do serwerowni. Sobie poobserwujesz, podpytasz o tamto, sramto. Potem omówimy kilka problemów, z jakimi się obecnie mierzymy, coś w tym stylu może być? Wycieczka z przewodnikiem. Chyba fajnie, nie?

– Sama nie wiem. Niełatwo przebić rozkosz z grzebania w przedawnionej dokumentacji.

Roześmiał się serdecznie. Fajna ta Vanessa.

– Dobra, Vańka. No to sprzęgaj profil i lecimy

Ustawili orbifotele plecami do siebie i zainicjowali współdzieloną sesję.

– Nie będę cię zanudzać szczegółami technicznymi, tylko zapraszam od razu do centrum dowodzenia.

Pokierował ich oboje ściegiem prowadzącym do oplotki przypominającej mostek kapitański liniowca pasażerskiego.

– Młodszy analityk prosi o pozwolenie wejścia na pokład – zażartowała.

– Udzielam i witam na pokładzie. Stąd monitorujemy profile objętych w splocie parasolem bezpieczeństwa Cygnescue. Jak widzisz, agregujemy i integrujemy zewnętrzne dane z różnych interfejsów, modelując w czasie rzeczywistym wpływ aktywności innych profili w splocie na podmioty, starając się wśród tej masy danych wyłuskiwać podmioty wysokiego ryzyka.

– Ze źródeł zewnętrznych, tak?

– Poza kilkoma wyjątkami. A co?

Vanessa wskazała na jeden z przepływów danych na ich wspólnym interfejsie.

– Mam tu notyfikację o źródle niesklasyfikowanym ani jako zewnętrzne, ani wewnętrzne. Czy to jest taki wyjątek?

Marcus zrobił wielkie oczy, bo rzeczywiście zwróciła uwagę na coś, co nie było typowe dla pracujących w przeplocie Glatziera oraz Aeona. Aeon produkował ogromne spajki, jakby trąbił na alarm, że zaraz wpłyną na lodowiec i się wypłaszczą. Ale, mimo to, przecząc wszelkiej logice, cały układ figurował na ich miernikach optymalności we wzorowym zakresie. Tylko, że to mógł wyczytać jedynie ktoś, kto potrafił zerknąć w logi i gdzie konkretnie. Marcus akurat wiedział, ale mógłby to przeoczyć, gdyby Vanessa nie zwróciła mu na to uwagi. Ciekawe. Celowe maskowanie? Czy co?

– Kto utworzył ten sprzęg? – rzucił.

– Rebecka Rose-Karlsson. Koleżanka?

– Becky? Niemożliwe. Z czym jest ten sprzęg?

– Nierozpoznany… – mruknęła Vanessa. – Ja wiem, że jestem nowa, ale czy to nie jest aby jakiś niezbyt subtelny włam?

– Domowy terminal. Maskowany geowektor. No tak. Wygląda to bardzo dziwnie. Ale nie ma szans, żeby ktoś podszywał się pod Becky. Ona zaprojektowała zautomatyzowane zarządzanie infrastrukturą całej firmy. Robi szkolenia dla naszych partnerów z czegoś takiego. Dzięki niej Cygnescue leasuje klaster umożliwiający korelację profili węzłom dla ℘Instacrush. Może cię to zdziwić, ale dopasowywanie osób pod związek to podobne zagadnienie, jak przewidywanie, że ktoś chiałby skończyć jakiś związek, tylko negacja. A to wiążę się czasem z chęcią skończenia też ze sobą.

– Pierdolisz – mięcho wyrwało jej się samo. – ℘Instacrush?

– Nie pierdolę – odparł Marcus odrobinę zbity z tropu tym, że tylko to jej utkwiło w pamięci, z tego, o czym mówił. – No, taki serwis do grupowego randkowania. Znasz?

– Ty mnie serio pytasz? Oczywiście.

– No i okej, ja też, czyli generalnie wiesz, o co chodzi. – Przynajmniej tego nie będzie jej musiał tłumaczyć, pomyślał. – Wszystko to, na co tutaj patrzysz, te przeploty, to jest domena Becky, frau Senior Architektin. Dla nas ważne jest tylko, że działa. Becky uratowała tym firmę, że jej klaster dla ℘Instacrush winduje nam rank w górę, a to daje nam na pakiecik. No i żebyśmy my cisnęli nasze R&D dalej, dla Cygnescue, jej prestiżowy, flagowy projekt integralny. Tylko nierentowny niestety.

– Czekaj, momencik, ℘Instacrush stoi na którymś z rozwiązań Jacoba?

– Nie już pytaj mnie o to, błagam. Ja nie wiem, serio. Albo z rozwiązań jego, albo z rozwiązań Becky – to są dyskusje dla architektów systemowych. Ja się tym nie zajmuję, nasz zespół również. My jesteśmy działem badawczorozwojowym. – Mówiąc to, odgradzał się dosłownie od tematu, gestykulując w orbifotelu rękami, czego Vanessa nie miała prawa widzieć. – Chociaż, jak teraz tak sobie o tym myślę, to rzeczywiście samo jądro dopasowania, jak by nie spojrzeć, najważniejszy przecież fragment funkcjonalności, a z tego zagadnienia Jacob chyba się nawet doktoryzował… Albo nie, czekaj, pomieszałem, sorry, nie pamiętam już. Nie było nic z tego w dokumentacji?

– Nie – powiedziała i dodała po chwili: – No a robimy coś z tym?

Marcus wzruszył ramionami.

– Nic nie zrobimy. Potrzebowałabyś pewnie tych samych uprawnień, co ma Becky. Poza tym, tak ogólnie to lepiej przy tym nie grzebać. To może być ważna łata albo milion innych rzeczy. Jakbyśmy zrobili szybki test dopasowania profili z ℘Instacrush wpięci z diagnostyką, to niewykluczone, że byłoby coś tam ciekawego widać. Ale nie wprzęgniesz się w to, ot tak. Musielibyśmy zejść do serwerowni.

– No to spróbujmy. I tak chciałeś tam iść.

Marcus westchnął i zakończył ich sprzęg. Obrócił jej fotel w swoją stronę. Przyjął minę mentora, który zmuszony jest przyhamować zbyt zmotywowanego pupila, zanim tamten dostanie oczopląsu od nadmiaru bodźców pierwszych dni w nowej pracy.

– Ale Vancia, zrozum. To, o czym mówimy, to nie jest w regionie testowym, tylko live, rozumiesz? Na żywym systemie, a tam nie stworzysz nawet testowego profilu, bo nas AZZI za to zamorduje. Poza tym mówię ci, że gdyby to nie było ważne i potrzebne, to Becky sama by tego nie sprzęgała.

– Po co nam profile testowe?

– To jak chcesz to niby zrobić? – zirytował się, bo to już było wyjątkowo idiotyczne pytanie.

Milczała przez moment, dając mu przestrzeń do namysłu. Głowę przekrzywiła lekko. Jedno oko zmrużyła i przytknęła palec wskazujący prawej dłoni do policzka. Wyglądała jak z anime, pomyślał.

Pociągnęła bucha, strzepnęła popiół i pstryknęła symbolicznie palcami, bo już za długo się zastanawiał.

– Że niby mój i twój? – Marcus wypuścił z siebie najbardziej prawdopodobne, a zarazem absurdalne przypuszczenie.

– A czemu nie?

Nachylił się do niej bliżej i zerknął jej w oczy, żeby lepiej ocenić, czy się z niego nie nabija.

No i patrzą na niego te jej oczy, raczej niekpiące, tylko pytające: RUSZYSZ DUPĘ?

– No, w sumie. Można i tak.

Drzwi windy otworzyły się na minus trzynastym piętrze.

Automaton strażnik wylegitymował ich wiązkami biometroskopu i z serwomechanicznym warkotem ostentacyjnie rozładował broń, demonstrując w ten sposób, że nie stanowi zagrożenia dla zdrowia ani życia pracowników uprawnionych do wizyt w serwerowni. Pewnie jakiś legislator obserwował to wszystko jeszcze przez kamery umiejscowione praktycznie wszędzie, gdzie tylko możliwe.

– Niezła obstawa… – mruknęła Vanessa. – Aż strach dalej schodzić…

– WACK? Co ty, WACK’iem się nie przejmuj. To stary, niezawodny wyga, prawda, Wack?

Seria impulsów, jakby zagrana na gwizdku na psy, przebiła się echem przez korytarz.

– Co, ty rozumiesz, co on mówi? – zapytała.

– Nie no, jaja sobie robię. Ale spokojnie, przywykniesz. Tutaj w lewo. Ta ochrona jest potrzebna. ℘Instacrush ma wymogi. Wszyscy ich podwykonawcy muszą chronić serwery przed nieuprawnionym dostępem fizycznym. Ten nasz to Wojenne Autonomatony Cyril & Kovalsky, importowany, uzbrojony w półautomat, fizycznie zdolny do obrony posterunku przez rok bez ładowania, certyfikowany. Musi być certyfikacja integralności.

– Widzę, że znasz się trochę na tym.

– A tam, takie mam hobby. Lubię grzebać automatonom w o-esach. Próbuję napisać oprogramowanie randomizujące pakiet podstawowy. Może mi się to uda wypromować też w ramach studiów, może jakiś grant, kto wie? Czekaj, tutaj musimy skręcić w prawo i jesteśmy na miejscu. Powieje zaraz trochę chłodem.

– Od kogo?

Uśmiechnął się i podszedł pod wbudowany w śluzę biometroskop.

Drzwi rozsunęły się, odkrywając zorganizowane na planie zbliżonym do katedry wnętrze.

Od razu rzuciły jej się w oczy dwa zawieszone w bliskonekcie rdzenie, w samym środku pomieszczenia. Czarne, matowe kule, w które nieustannie uderzały pulsujące salwy danych w laserowych pakietach. Ponad nimi, niczym dwa stalaktyty wyrastały z sufitu różnej grubości tuby z gazem, pospinane przewodami, w platynowych ramkach. Na tym szkielecie zamocowano obudowę z hartowanego plasteco, którego struktura rozszczepiała światło mikropryzmatami w taki sposób, że mając odpowiednie soczewki, mogłeś spojrzeć do środka i obserwować zjawiska kwantowe.

Natychmiast, gdy przekroczyli próg śluzy wewnętrznej, z głośników wybrzmiała melodia „Ody do Radości” na kościelnych organach.

– Ups, sorry – powiedział Marcus, po czym klasnął w dłonie i muzyka ucichła. – Zapomniałem o tym, to taki nasz wewnętrzny żarcik z Jacobem

– Nie szkodzi. Który z nich jest nasz?

– Oba są nasze. Przeważnie udostępniamy je tak fifty-fifty – wyjaśnił. – Jak zwiększa się zapotrzebowanie ℘Instacrush, proporcje się zaburzają. Dynamiczna alokacja wymusza na nas nawet kolejkowanie prognoz… – Marcus zawahał się, bo następne słowa mogła wziąć za zniechęcanie do pracy w projekcie. – Wiesz, to jest chore, serio. Bo my mamy spajki np. w walentynki, rozumiesz? Ludzie korzystają wtedy z ℘Instacrush na potęgę. Albo w wakacje. W takich okresach my mamy gorsze osiągi, a dla nas to są, że tak powiem sezonowe szczyty.

– I jak to dokładnie działa? Leasing rdzeni?

– Leasing rdzeni – przytaknął odrobinę zawiedziony, że rozmowa wraca na tematy stricte techniczne. – W zamian za promocję statusu, standardowo. Wszyscy wychodzą na tym nawet nieźle. Dopóki nie ma spajków.

– Co oznacza konkretnie taki spajk, mogę wiedzieć?

– No wiadomo… – Marcus skinął głową ponuro. – Spóźnione interwencje.

– Strasznie to cyniczne – zauważyła.

– Takie są realia tej pracy – wzruszył ramionami. – A do tego jest też ścisła kooperacja z Prewencją, program pilotażowy. Zresztą, nie ma co się spinać, serio. Te warunki są… one motywują do doskonalenia systemu, ja bym powiedział, że poniekąd są nawet sprzyjające.

Spojrzała na niego z lekkim niedowierzaniem.

– Jak to się mówi, jesteśmy szczupli, ale zwinni. – Uśmiechnął się. – Gdy system robi swoje, nie jest to ani trochę spektakularne. Za to, pomimo że bardzo rzadko są problemy, gdy już się wydarzą, ich skutki bywają dość dramatyczne. – Westchnął, patrząc w bombardowane promieniami rdzenie. – Jesteśmy typowym programem społecznym. Gdy działa prawidłowo, nie wykazuje jawnie korzyści. A gdy coś pójdzie nie tak, wszyscy od razu patrzą nam na ręce, bo nasz projekt głównie przynosi straty.

– Co na to konkurencja?

– Nie mamy jako takiej. Jest kilka programów skupiających sie na depresji i na ułamku przyczyn, które stoją za decyzją potencjalnego suicydenta. Taka niby łagodna opozycja, ale de facto dominuje niszę proporcjonalnością przypadków. Do kogoś w depresji Integral nie skieruje oddziału interweniującego z taranem, tylko psychiatrę z receptą. No, a my jedyni walczymy z samym czynem. Jesteśmy na pierwszej linii frontu, że tak to ujmę.

– Ale to są proste produkty, te konkurencyjne, w porównania do trzonu parasola Cygnescue, prawda? – Vanessa odezwała się tonem innym niż do tej pory. Jakby wydoroślała nagle i postarzała o lata biurokratycznej walki okopowej, a doświadczenie to dało jej wzrok domagający się skupienia tylko na nim pełnej uwagi rozmówcy. Odczekała, aż Marcus zarejestruje jej pytanie i złowi się na jej spojrzenie. – Czy jest technicznie możliwe przeprojektowanie systemu na szereg małych produktów pełniących podobną rolę jak produkty konkurencji?

Rzeczywiście powiało chłodem, pomyślał. Z początku nie wiedział, co na to odpowiedzieć.

Przez moment stanęła mu przed oczami holograficzna Trish, trzęsąca trupem pływaka olimpijskiego, jej wrzaski i wrzaskiJacoba, trzaskany glazblet, jego nieporadność w takich sytuacjach. Coś mu insynktownie nagle zbrzydła ta Vańka. Jakby dostrzegł, że opętał ją jakiś duch wrednej baby z AZZI. Tylko że w przeciwieństwie do Jacoba, Marcus nie posiadał żadnych narzędzi komunikacyjnych pozwalających mu przeciwstawić się tego typu manifestacjom korporacyjnej bezwzględności.

Zadano mu pytanie techniczne, a on jest specjalistą technicznym.

Ciekawe, że Vanessa jest uprawniona do przebywania w serwerowni. Teraz dopiero to zarejestrował. A przecież on jej uprawnień nie nadawał. Jacob? Nigdy w życiu. On chciał ją spławić pudłem archiwalnej dokumentacji, ale nie dała się tak łatwo.

Cholera, wkurwisz się na mnie, Jake. W ogóle to gdzie ty, kurwa, jesteś?

Dlaczego ja się wożę z wdrażaniem szpiona podstawionego przez Trish.

Gówno zaczyna płynąć strumieniem, a ja stoję pod rynną sam. Wielkie dzięki.

– Myślę, że tak. – Z twarzy Marcusa nie wyczytałby nikt, co przed chwilą przewinęło mu się przez myśli. Nie drgnęła mu brew, nic. Zalety posiadania mało ekspresywnych rysów twarzy i wrodzonej skrytości. – Jacob nie chciał wykorzystać naszego rozwiązania w taki sposób, ale modelujemy bardzo szerokie spektrum przyczyn. Myślę, że moglibyśmy bez problemu wyspecjalizować system w stronę którejś z nich i dołączyć do konkurencji. Następnie modularyzować inne komponenty według sprawdzonej ścieżki. Wymagałoby to przeprojektowania architektury, ale dałoby się.

– To dlaczego tego nie robimy?

– Nie wiem. To pytanie biznesowe. Nie znam się na strategii.

– Myślisz, że to z powodu żony Jacoba? – spytała.

O? Ty cwaniaro.

– Wiesz co, czekaj chwilę, coś mnie skręca – Marcus złapał się za brzuch. – Cholera, mam niestrawność od kilku dni, ale taką porządną. Kurde, zamykamy tutaj i musimy wracać na górę, bo tu na dole nie ma toalety. Chodź. Przepraszam, musimy przerwać zwiedzanie.

– Ale… co z diagnostyką przeplotu?

– Jak kocha, to poczeka. Serio, chodź.

Wrócili na górę. W windzie Marcus nie odezwał się ani słowem.

Trochę było jej głupio. Nie chciała tak naciskać. Niezbyt wdzięczne przypadło jej zadanie, ale fucha, to fucha. Co z tego, że polubiła go, Jacoba zresztą też. Co miała w wywiadzie o Sarze, świadczyło, że córkę również ma fajną. Trish dała jej jednak jasne wytyczne: nakreślić możliwe wektory odzyskania produktu i zidentyfikować argumenty a raczej kompromat przeciwko Saney’owi. Marcus pozostawał do zwerbowania, to tylko kwestia czasu. Na razie musi trzymać się bardziej w tle, choć wiadomo. Nie leżało to w jej naturze.

Weszli do gabinetu R&D. Marcus wprzęgł się od razu, zapominając najwyraźniej o swoich dolegliwościach żołądkowych. Poszła w jego ślady.

– Ciekawe – mruknęła po dłuższej chwili niezręcznego milczenia, zatrzymując się przy jednym z rekordów w rejestrze przeplotu. – Marcus, spojrzysz na to? To chyba fragmenty korespondencji służbowej.

Wysłała mu ścieg i po chwili oczom ich obojga ukazał się ciąg wiadomości:

Timestamp: null

Jacob: Wiszę ci flaszkę whisky

Becky: Wychlałeś ją? Mówiłeś, że zostawiasz ją, aż zmienię zdanie, wrócę i wypijemy ją razem

Jacob: No widzisz. Zapomniałem o tym.

Becky: I bardzo dobrze.

– Jacob gadał z Becky – odezwał się Marcus. – Kiedy to mogło być? Kilka dni temu? Timestamp się nie zapisał, dziwne.

– Co to za flaszka?

– Pewnie Stalwart. Becky dostała tę whisky jako podziękowanie za wspólną pracę, ale ponieważ Becky i Jacob byli jeszcze wtedy razem, flaszka została gdzieś u Jacoba, jak niezrealizowana obietnica.

Vanessa zamknęła wątek z wiadomościami.

– A co jeśli to nie jest przypadek? – zapytała.

– No to Jacob po prostu pracuje z domu i tyle. Dogadał się z Becky, dała mu dostęp. Zagadka rozwiązana.

– Czyli Becky zestawiła w systemie jakiś bakdorek. Nie powinniśmy gdzieś tego zgłosić?

Marcus parsknął i pokręcił z niedowierzaniem głową. Ale ona się rządzi.

Westchnął tylko na znak, że potrzebuje się skupić i już nie zerknął, ale p o p a t r z y ł w logi.

Wczytał się, korelował wydarzenia. Szukał wzorców. Wpiął diagnostykę i profilowanie zdalnie. Wreszcie, po wielu wysiłkach, powstała jedna hipoteza robocza i jedyna technicznie potwierdzona konkluzja – dodany węzeł alokował zasoby w sposób, który wskazywał na przemyślane, długoterminowe nastawienie na gospodarowanie ich infrastrukturą do celów na ten moment nieznanych. To musiał być Jacob. Robił czasem dziwne akcje, jak choćby ta z pudłem archiwalnych dokumentów, które wcisnął Vanessie – nie wolno jej było brać tego do domu przecież. On brał, więc innym też kazał brać do domu trochę pracy ze sobą.

Może zaniemógł? Zmroziło go złe przeczucie. Coś mu się przypomniało u kapsule Vitrobahn, coś mówili w porannym informatorze. Jacob brał zawsze ten sam poranny ślizg.

Z zamyślenia wyrwał go ostry sygnał dźwiękowy, który rozdudnił w oplotce jak przeciwmgielna syrena na statku skrzyżowana z ostrzegawczym systemem przeciwnalotowym. Zaraz potem rąbnął ich też oboje w oczy ogromny czerwony n a p i s :

ANALIZA WYMAGANA
NATYCHMIASTOWO

BS ALERT !

– Co to, kurwa, do cholery jest? – Vanessa przekrzyknęła ponad syreną. – Jaki znowu BS Alert?

– Booker Samuels, nasz najważniejszy stakeholder! – odkrzyknął Marcus. – Alert oznacza możliwą interwencję Prewencji…

Ale w tej właśnie chwili nowy sygnał dźwiękowy przerwał mu w pół zdania, tym razem nie z oplotki, tylko z jego osobistego komunikatora, gdzie kierował połączenia firmowe, jak również i prywatne.

Syrena zawyła jeszcze raz, po czym ustąpiła tykającemu zegarowi. Nad ich głowami pojawił się stoper odliczający czas do wyczerpania SLA, choć w ich przypadku, to po prostu czas na reakcję – jeśli nic nie zrobią, Booker wyśle oddział interwencyjny, ale w razie błędu, posypią się na nich ciosy i odbije się to na statusie Cygnescue. Muszą odpowiedzieć na wezwanie. Zaraz będzie transmisja z centrum dowodzenia jednostki interwencyjnej Bookera.

Znowu sygnał z komunikatora. No i kogo niesie? Chyba już w gorszym momencie się nie dało.

Sara.

Sara Saney?

– Dzwoni córka Jacoba – powiedział, spoglądając pytająco na Vanessę.

Sam nie wiedział, co to było konkretnie za pytanie. Prośba o pomoc? Wyrozumiałość. Jakoś tak się złożyło, że odebrała ten komunikat w pasmie pierwotnym bezbłędnie, nie musiał nic doprecyzowywać.

Kiwnęła tylko głową.

– Odbierz – powiedziała. – Ogarnę ten alert.

Milczał jeszcze przez sekundę, rozważając opcje. Czuł, że kiszki zaczynają mu się nieprzyjemnie kurczyć, tym razem nie na pokaz, wskazując coraz wyraźniej na stresowe podłoże jego problemów gastrycznych.

– Spokojnie. Zagadam go, aż będziesz mógł też dołączyć. Serio, dam radę – dodała i puściła mu oko z tym swoim anime-uśmiechem. – Miałam już w życiu do czynienia z Prewencją.

Okej. Poradzisz sobie, Vanka.

A jak nie, to będzie pretekst, żebyś tu z nami nie siedziała. Trish raczej nie chce mieć na pieńku z Samuelsem bardziej niż ma już teraz.

Ta myśl uspokoiła go bardziej niż zapewnienia Vanessy.

Posted in

Jedna odpowiedź na “PARAMETRYKA .20”

  1. Awatar annaradlicka

    Fajne. Marcus i Vanessa to dobry team. Czekam na więcej.

    Polubienie

What say you, dear reader?